kino / dvd

Kill switch – Hardcore Henry v 2.0 [recenzja]

Jakiś czas temu małą sensację zrobił nakręcony w całości z perspektywy pierwszej osoby, wymieniony w tytule szalony film akcji . „Kill Switch” korzysta z podobnego zabiegu – poza tym jednak, jest w każdym aspekcie dziełem zdecydowanie lepszym.

Problemów z „Hardcore Henrym” było co najmniej kilka, jednak najbardziej doskwierał brak scenariusza, który mógłby całe widowisko utrzymać w ryzach. Efektownie zaaranżowane bijatyki i strzelaniny nie wynagradzały bohatera-niemowy i cokolwiek miałkiego wydźwięku emocjonalnego historii, sprowadzając całość zaledwie do wysokooktanowego teledysku. Sam zabieg z kojarzoną z gier komputerowych narracją FPP jakkolwiek ciekawy, na dłuższą metę również powodował ból głowy, co łącznie sprowadziło ów film do niegroźnej ciekawostki. Tym lepiej, że odpowiedzialny za powstałego na podstawie krótkiego metrażu wprost z youtube’a (dla ciekawskich – link) „Kill Switcha” Tim Smit podobnych błędów nie popełnia.

Przede wszystkim, znacznie lepiej wypada sama historia. Ciężko spodziewać się po akcyjniaku science fiction scenariusza na oscarowym poziomie, jednak wielkich zarzutów do spójności świata przedstawionego mieć nie można. Ot, mamy eksperymentalne źródło energii mogące zaspokoić apetyt ziemian przez dekady, kilka teorii o równoległych wszechświatach i bohatera-zakapiora, który potrafi pokazać ludzką twarz. Najważniejsze, że nawet mimo delikatnego poczucia deja vu i kilku rozwiązań ocierających się o deus ex machina, główny wątek ma dobre tempo, opowiedziany jest z niedomówieniami na tyle intrygującymi, że potrafi przykuć wzrok do ekranu, a nasz heros i jego kompani wzbudzić sympatię.

Równie sympatycznie wypada realizacja. CGI jest mnóstwo, ale nieodmiennie stoi ono na wysokim poziomie. W porównaniu do „Hardcore Henry’ego” nieco zmian nastąpiło za to w samej konwencji FPP – tym razem nie stanowi ona stu procent całości i co jakiś czas oglądamy pełniące rolę retrospekcji fragmenty nakręcone w formie tradycyjnej. Zabieg to bardzo dobry – nie dość że pozwala odpocząć od epileptycznych sekwencji akcji, to urozmaica odpowiednio całą opowieść.

Nie jest źle również pod względem aktorskim – grający pierwsze skrzypce, znany choćby z serialowego „Legionu” Dan Stevens odnajduje się w roli protagonisty wyjątkowo zgrabnie i potrafi nadać swojemu bohaterowi odpowiednią motywację. Kilka słabszych występów zdarza się na drugim planie, nie jest to jednak poziom przy którym prycha się z niezadowoleniem do ekranu.

„Kill switch” to przyjemny, niezobowiązujący film na letni wieczór, w sam raz do obejrzenia z grupą znajomych i piwem w dłoni. Jeśli po „Hardcore Henrym” przestaliście wierzyć, że z konwencji filmowych FPS-ów może jeszcze coś ciekawego wyniknąć, jest spora szansa, że seans filmu Smita może to zmienić.

Kill Switch. Reżyeria: Tim Smit. Osada: Dan Stevens, Bérénice Marlohe, Tygo Gernandt. USA/Niemcy/Holanda 2017. Ocena końcowa: 65%

Kategorie
kino / dvd
Maciej Bachorski

Rocznik ’87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu „Obcego”, „Cosia” czy „Ukrytego Wymiaru”, rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w „Nowej Fantastyce”, a także w serwisach „Horror Online”, „Szortal” (audiobook „Reguła Rothmana”), „Niedobre Literki” i „film.org.pl”. Z „Dziką Bandą” związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz