kino / dvd

Jaskinia – „Zejście” po norwesku [recenzja]

Sporo już lat upłynęło, od kiedy Neil Marshall pokazał światu swój klaustrofobiczny horror. „Zejście” dorobiło się w tym czasie statusu filmu w wielu kręgach wręcz kultowego, kwestią czasu było więc pojawienie się kogoś, kto zechce ów sukces powtórzyć.

Pomysł na historię jest w „Jaskini” wręcz banalny . Ot trójka byłych wojskowych – i przyjaciół – z dawnych lat urządza sobie wypad w urokliwe zakątki kraju, by tam oddać się wspólnej pasji, czyli eksploracji jaskiń. Oczywiście sprawy po drodze zdążą się skomplikować i wkrótce wyprawa zamieni się w walkę o przetrwanie.

„Jaskinia” ma świetna otwarcie. Naprawdę – pierwsze ujęcie rozpala wyobraźnię, rzeczywiście dając nadzieję na nowe „Zejście”, a ukazujące się chwilę później serpentyny dróg wijących się przez  przyprószone śniegiem góry, są zwyczajnie prześliczne. Niemal jak z dokumentu National Geographic. Do tego muzyka – nigdy fanem elektroniki nie byłem i zapewne nim nie zostanę, ale ścieżka dźwiękowa współgra elegancko z tym co widzimy na ekranie. Do tego momentu (znaczy, jakieś pięć minut seansu) jest bardziej niż dobrze. Miłe złego początki, chciałoby się rzec – bo schody zaczynają się niedługo później.

Pierwsza lampka ostrzegawcza zapala się w momencie dość nachalnego przedstawiania nam miłosnego trójkąta i problemów psychicznych jednego z bohaterów. To pierwsze akapity scenariusza i mniej więcej piętnasta minuta filmu – ale już wtedy można obawiać się w jakim kierunku skręci całość. Nie to, żeby samo w sobie było to jakoś bardzo złym pomysłem na historię. Tyle że do licha, przewidywalność głównego wątku aż kłuje w oczy, a twórcy ani myślą choć przez moment spróbować przekonać nas, że będzie inaczej niż sobie wyobrażamy. Również bohaterowie inteligencją, czy zdolnością przewidywania sytuacji nie grzeszą i skutek jest taki, że niby coś tam się na ekranie dzieje, ale w połowie seansu człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę, że w sumie ma to gdzieś. Co gorsza w kilku wypadkach sens całości zakrawa wręcz na absurd, zatem wszelka nadzieja na intensywne kino spod znaku filmu Neilla Marshalla pryska jak mydlana bańka równie szybko, jak się pojawia.

I tak to się w „Jaskini” toczy, aż po napisy końcowe. Wróć – nie napisy, jako że sekundy wcześniej dostaniemy jeszcze planszę informującą nas o czymś, co w zamyśle twórców miało chyba pozostawić widza w pełnym niepewności oczekiwaniu. Szczerze wątpię by ktokolwiek taki się trafił.

„Jaskinia” mogła być naprawdę fajnym filmem i po prawdzie stosunkowo niewiele do tego potrzebowała. Już sam setting wykonuje w takich przypadkach połowę roboty – o ile nie zostanie zarżnięty realizacją, bądź słabiutkim scenariuszem. W tym wypadku to pierwsze prezentuje się nieźle. Na drugie jednak lepiej spuścić zasłonę milczenia.

Jaskinia. Cave. Reżyseria: Henrik Martin Dahlsbakken. Obsada: Heidi Toini, Mads Sjøgård Pettersen, Benjamin Helstad. Norwegia, 2016. Ocena końcowa: 35%

Kategorie
kino / dvd
Maciej Bachorski

Rocznik ’87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu „Obcego”, „Cosia” czy „Ukrytego Wymiaru”, rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w „Nowej Fantastyce”, a także w serwisach „Horror Online”, „Szortal” (audiobook „Reguła Rothmana”), „Niedobre Literki” i „film.org.pl”. Z „Dziką Bandą” związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz