Kino Świat
kino / dvd

Ja, Frankenstein [recenzja]

Film jest krótki (92 min.) i to jego największa zaleta. Na pokazie prasowym siedzący obok mnie facet autentycznie przysnął, obudził się na napisach końcowych i z wyraźnym zadowoleniem stwierdził: „Szybko zleciało!”. Ja nie spałem, więc „letko” nie było.

Przede wszystkim było nudno. No bo jak długo można oglądać niekończącą się młóckę na dwa kije? Zwłaszcza że owa nawalanka wydaje się być jedynym powodem, ale którego Beattie nakręcił ten film, a Grevioux wcześniej popełnił komiks. Oczywiście w przekonaniu obu twórców jest to obraz „odwiecznej” walki dobra ze złem, gdzie to pierwsze reprezentowane jest przez dachowe (tu małe zdziwko) Gargulce, a drugiemu służą (jakżeby inaczej) Demony. Między te dwie wrogie siły trafia bezimienny bohater z odzysku, czyli tułające się po świecie od 200 lat „to”, będące efektem recyclingu, jakiemu doktor Frankenstein w swoim czasie poddał ludzkie zwłoki. I ów stwór (bo jak inaczej nazwać ten swoisty półprodukt bez duszy?) musi się opowiedzieć po którejś ze stron. A robi to cokolwiek szybko, co tylko dowodzi, że każdy facet (niezależnie od stopnia niedorobienia ) gotów jest nawet dać sobie wmówić duszę, jeśli tylko nagrodą będzie mu ciało pięknej kobiety (tu akurat Yvonne Strahovski). I jest to jedyna prawda w tym filmie, z którą jako tako można się zgodzić. Reszta to kit w tubie. Filmowa mielonka, do której składniki zostały przez reżysera bez większej  krępacji ściągnięte od Mary Shelley, J. R. R. Tolkiena, Terry’ego Pratchetta, Michaela Crichtona (pamiętacie jego film „Coma”?), no i oczywiście od autorów poniektórych filmowych opowieści o Frankensteinie i jego dziele.

Nie powiem, przypominający pozszywaną kołdrę (patchwork to się chyba nazywa) Eckhart robi pewne wrażenie. Podoba mi się też wpisana w film idea wertykalnej metafizyki – Gargulce po śmierci w formie światełka do nieba wędrują do góry, Demony zaś  jako ogniste kule walą się w dół, oczywiście spadając do piekła. Jasne to, przejrzyste i proste niczym pion etyczny, by nie powiedzieć…katechetyczny. Najbardziej jednak w „Ja, Frankenstein” przypadł mi do gustu Bill Nighy w roli księcia Demonów czyli Naberiusa. Dlaczego? Bo ten świetny aktor przez cały czas wygląda tu tak, jakby zaraz miał parsknąć śmiechem. I właśnie patrząc na Nighy’ego uświadomiłem sobie, co mnie w filmie Beattiego razi i drażni szczególnie. To jego napuszona powaga i kompletny brak dystansu do opowiadanej historii. Ja wiem, że gdy ludzkość jest zagrożona, to nie ma się z czego śmiać. No ale nawet przed końcem świata jakiś rozluźniający wic zawsze by się przydał. I nie chodzi zaraz o to, by tworowi Frankensteina poszły wszystkie szwy. Ale jeden, może nawet dwa…?

Kategorie
kino / dvd

Dodaj komentarz