kino / dvd

iBoy – superbohaterska wariacja od Netflixa [recenzja]

„iBoy” to całkiem przyzwoita próba zmierzenia się z tematyką superbohaterską, Co prawda nie porywa specjalnie fabułą, jest raczej mało efektowna (czy raczej efekciarska) i w zasadzie bliżej jest jej do naszej rzeczywistości zza okien, niż każdej innej opowieści o superherosach.

Bardzo łatwo będzie można znaleźć powody i argumenty, by poznęcać się nad „iBoyem”. Przede wszystkim – nijaki główny bohater. Zero charyzmy, z drugiej strony trudno też go nazwać typowym, zafascynowanym technologią i popkulturą  geekiem, przez co nastoletni Tom wydaje się jeszcze bardziej bezbarwny – ot, człowiek bez właściwości. Nawet kiedy już dostanie swą moc i zacznie z niej korzystać, koniec końców przyjdzie mu się zmierzyć z równie mało ekscytującym przeciwnikiem. A zatem nie dość, że wszystko jest tu raczej przewidywalne i jakieś takie zwyczajne, to jeszcze nie opakowane wizualnymi atrakcjami, bez których dzisiejsze superbohaterskie produkcje raczej nie mogą się obyć.

[quote align=’right’]Komiksowe naleciałości, a szczególnie podobieństwa do originów postaci z DC i Marvela są tu traktowane bardziej pretekstowo, a uwaga twórców skierowana jest na inne niż zazwyczaj aspekty w tego typu historiach.

Paradoksalnie, w tym właśnie tkwi siła „iBoya” – w lokalności, we wrażeniu, że dokładnie te same wydarzenia mogłyby się rozegrać za oknami wielu współczesnych blokowisk. Można oponować, że przecież znakomite seriale Netflixa również eksponują  i operują codziennością mieszkańców Nowego Jorku, bo przecież tu Hell’s Kitchen, tam Harlem – ale jednak to miejsca które wrosły już w popkulturę i wychowały znanych na całym świecie superbohaterów. W „iBoyu” jest inaczej – fabuła toczy się po prostu gdzieś w Londynie, na blokowisku, które równie dobrze można znaleźć w Łodzi albo w Warszawie, gdzie dzieciaki znają się ze szkoły i zaczynają poznawać zasady rządzące światem dorosłych. Niestety – nie będzie to historia kumpelska, a bardziej przyprawiona smutkiem pieśń o samotności w dzisiejszym, stechnicyzowanym świecie, w którym ponoć wszyscy tak dobrze się znają.

Ów bezbarwny Tom (jak ładnie Brytyjczycy wyłuskują taki typ bohatera, przypomnieć można choćby serialowe „In the Flesh”, czy ‚Fades”) to zatem nastolatek jakich wielu (to wrażenie potęgują jeszcze wszechobecne, angielskie szkolne mundurki), niczym właściwie się nie wyróżniający, do bólu przeciętny. Wpada mu w oko dziewczyna o imieniu Lucy (w tej roli znana z „Gry o Tron”, Maisie Williams), taka trochę bardziej z biglem niż on sam. Tom, po serii wewnętrznych rozterek w końcu decyduje się zacieśnić bardziej znajomość z Lucy, niestety, kiedy wieczorem przychodzi do jej mieszkania zastaje straszną scenę – trafia na niezidentyfikowanych włamywaczy znęcających się nad dziewczyną.

Tom natychmiast… ucieka z miejsca przestępstwa. Tak, nie jest on z pewnością typem bohatera, choć trzeba mu przyznać, że biorąc nogi za pas próbuje dodzwonić się na policję. Niestety, jeden z napastników oddaje do niego strzał i od tego momentu życie chłopaka zmienia się diametralnie. Odłamki ze zniszczonego telefonu zostają w jego mózgu i wkrótce Tom spostrzega, że posiadł  możliwości manipulowania nowoczesną elektroniką. Ta umiejętność bardzo mu się przyda, kiedy postanawia zidentyfikować sprawców napadu na Lucy, u której od tego czasu występują typowe objawy zespołu stresu pourazowego.

Dostajemy zatem rodzaj superbohaterskiego originu, z bohaterem odkrywającym niewątpliwe korzyści ale i rzecz jasna przykre konsekwencje kryjące się za używaniem mocy. Cieszą sceny, kiedy Tom czerpie czystą przyjemność z manipulowania elektroniką, ale są też takie, które niepokoją i ewidentnie pokazują nas w roli niewolników nowoczesnych technologii. Zresztą sam sposób filmowania, dobór ścieżki dźwiękowej i nieskrywana refleksja nad goniącym postępem przypominają trochę „Black Mirror” (a może i po trochu „Mr.Robot„), co jest niewątpliwą zaletą „iBoya”. To zatem nieco inny kierunek, niż zazwyczaj oferują nam superbohaterskie produkcje.

Komiksowe naleciałości, a szczególnie podobieństwa do originów postaci z DC i Marvela są tu traktowane bardziej pretekstowo, a uwaga twórców skierowana jest na inne niż zazwyczaj aspekty w tego typu historiach. Po wynoszących superbohaterskie fabuły na nowy poziom serialach Netflixa, po nadchodzącym już za chwilę, odmiennym formalnie „Legionie„, „iBoy” jest kolejną cegiełką budującą odmienny wizerunek superherosów. Wygląda na to, że gatunek okrzepł już na tyle, że przyszedł najlepszy czas na fabularne i formalne eksperymenty. Może określenie tym mianem „iBoya” jest trochę na wyrost, ale niewątpliwie można produkcję Netflixa uznać za przejaw ciekawego trendu, który proponuje nam nowe spojrzenie na mocno eksploatowaną w dzisiejszych czasach tematykę. A zatem, tak trzymać – może niebawem kino superbohaterskie doczeka się swojego Tarantino.

Kategorie
kino / dvd
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz