kino / dvd

I was a Teenage Werewolf

Ten film miał być cwanym chwytem marketingowym. Kosztował niecałe sto tysięcy dolarów, nakręcono go szybko, jeszcze szybciej zmontowano i wpuszczono do kin. Pomysł był prosty. Skoro „Buntownik bez powodu” (1955) z Jamesem Deanem okazał się wielkim hitem i stworzył nowy kanon kina młodzieżowego, dlaczego nie nakręcić młodzieżowego horroru? Przecież wszyscy lubią się bać, a dzieciaki najbardziej. 

Tak powstał film, który łączył w sobie elementy opowieści o zbuntowanym nastolatku, który nie potrafi znaleźć sobie miejsca w świecie dorosłych, z klasyczną historią o wilkołaku. Herman Cohen, który film produkował, nie przypuszczał nawet w najśmielszych snach, że żerując na legendzie Jamesa Deana przypadkiem stworzy jeden z najważniejszych filmów o dojrzewaniu.

Ktoś przytomnie zauważy – film o chłopaku zmieniającym się w wilkołaka ma być ważnym i istotnym filmem młodzieżowym? Oczywiście jeśli odczytamy I was… dosłownie, to trudno za takowy go uznać. Jest kiczowaty, tani i banalnie skonstruowany. Ale w tym filmie nie o wykonanie chodzi, a wpływ, jaki wywarł na popkulturę. Patrząc na „I was a Teenage Werewolf” od tej strony należy oddać mu należny szacunek.

Nikt bowiem wcześniej nie wpadł na pomysł, aby w jednym filmie połączyć to, co wydaje się naturalne: metaforyczną grozę wieku dojrzewania (wszak nie od dziś wiemy, że ten okres to najtrudniejszy emocjonalnie czas w życiu człowieka), z grozą dosłowną. Tak powstała opowieść, która na zawsze zmieniła filmowy (i nie tylko, bo literacki także) sposób opowiadania o dojrzewaniu. Zupełnie jakby nagle producenci odkryli starą, wydawałoby się, prawdę i wszyscy jednomyślnie powiedzieli to głośno: „Przestańmy się okłamywać, życie nastolatka to horror”. I lawina ruszyła.

Dziś wielbimy produkcje takie jak „Pamiętniki wampirów”, „Teen Wolf” czy ekranizację sagi „Zmierzch”. Wielką popularnością wciąż cieszą się krwawe slashery o pięknych nastolatkach zabijanych przez potwory. Nie należy jednak zapominać, że to wszystko jest pokłosiem sukcesu „I was…”. To ten film wskazał drogę i oswoił grozę. Czy raczej pokazał, że ten sposób opowiadania o młodości trafia do wyobraźni dzieciaków o wiele bardziej, niż instruktażowe filmy z cyklu „Konsekwencje palenia marihuany”. Zresztą „I was…” było początkiem końca instruktażowych filmów dla uczniów. A że stało się to przez przypadek i z czystego wyrachowania producenta, to zupełnie inna para kaloszy.

Wielkimi spadkobiercami horroru z Michaelem Landonem (późniejszy bohater „Bonanzy” i „Siedmiu mil do nieba”) są także tacy autorzy jak Stephen King, Robert McCammon, czy Dan Simmons. Każdy z nich ma na koncie powieści grozy o dojrzewaniu (po kolei: „To”, „Magiczne lata”, „Letnia noc”) i w każdej z nich pojawiają się odniesienia do „I was a Teenage Werewolf”. U Kinga widoczne są najmocniej (i to nie tylko w „To”), zapewne przez to, że sam autor nigdy nie ukrywał faktu, iż będąc dzieckiem, często wbrew nakazom matki wymykał się do kina, by oglądać straszne filmy. Jednym z nich był właśnie „I was a Teenage Werewolf”. Swoją drogą, nieźle musiała mu zapaść w pamięci ta projekcja, skoro potem w „To” wilkołak z filmu okazuje się jednym z najstraszniejszych potworów.

(fragment książki: „Stephen King. Sprzedawca strachu”)

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz