kino / dvd

Haker

Najnowszy film Michaela Manna zebrał cięgi od recenzentów i jest uznawany za jedną z finansowych porażek dekady. A czy rzeczywiście „Haker” jest tak złym filmem jak o nim się pisze?

 

 

Mann nie kręci ostatni dużo. W zasadzie nie robił nic od „Wrogów publicznych” z 2009 roku. „Haker” zgodnie z zapewnieniami producentów miał być triumfalnym powrotem mistrza kina sensacyjnego i zarazem ważnym filmem o cyfrowej paranoi naszych czasów. I co? I niestety nic. Zerowa oglądalność w kinach (przy budżecie 70, zarobił raptem 18 milionów na całym świecie) i śmiech. Film bowiem zmiażdżyli nie tylko krytycy, ale przede wszystkim ludzie, którzy wiedzą coś o cyber-terroryzmie i hakerstwie.

I to nie dziwi. Opowieść o superhakerze, który zostaje zwolniony z więzienia przez amerykańskie władze, aby pomóc rządowym agentom w schwytaniu innego hakera, niezamierzenie wywołuje uśmiech nawet u osób, które o hakowaniu wiedzą niewiele. Jak bowiem pracuje nasz bohater? Ano dużo myśli nad klawiaturą a potem na koniec wpisuje małe hasło z obowiązkowym rozszerzeniem exe i ściga drani w sieci. Proste? Proste. A że nie ma nic wspólnego z rzeczywistością to inna sprawa. Ponoć Mann pisał scenariusz do „Hakera” przez trzy lata, otaczając się przy tym masą specjalistów od cyber-terroryzmu. No cóż. Widać specjalistów miał słabych, a z tych trzech lat na realne pisanie poświęcił może miesiąc… Intryga, bowiem jest tu tak banalna i pretekstowa, że aż dziw bierze, że wymyślił ją Mann, człowiek, który zawsze dbał w swoich filmach o to, aby każda nawet trzecioplanowa postać obdarzona była charakterem. Tu nie jest. Zresztą trudno nie odnieść wrażenia, że cała cyber otoczka była Mannowi kulą u nogi. Że miał ochotę nakręcić prosty film sensacyjny o ściąganym przez wszystkich facecie a niepotrzebnie i na siłę dorobił do niego ideologię.  No i jeszcze ten nieszczęsny Chris Hemsworth w roli głównej. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić hakera-nerda, który podnosi stoły w restauracji i rozwala nimi chińskich terrorystów. Ale pewnie się czepiam…

Czy zatem warto sobie „Hakerem” zawracać głowę? Otóż tak. Jeśli bowiem przymkniemy oczy na scenariuszowe mielizny i kompletnie niewiarygodną postać głównego bohatera, to po godzinie projekcji dotrzemy do miejsca, w którym Mann przypomina światu, że niegdyś był niekwestionowanym królem inteligentnego kina sensacyjnego.  Scena strzelaniny w tunelu to techniczny majstersztyk, a wykorzystanie w niej dźwięku to już mistrzostwo świata. Podobnie zresztą rzecz ma się w sekwencji zamachu na ulicy. W tych scenach Mann znów jest sobą. Nie próbuje udowadniać, że kręci aktualny i ważny film a robi to, co potrafi najlepiej, czyli wymyśla niebywale realistyczne i mocne strzelaniny. No i wreszcie finał. Jeśli zapomnimy o tym, że bohater jest nerdem, który w rzeczywistości zapewne sam zabiłby się nożem, to wywoła u was ciarki. Tłum, jazgot a w tym wszystkim walka bohatera. Zrealizowana i nakręcona tak, że nie sposób oderwać od niej oczu.

Niestety wszystkie te znakomite sekwencje toną w magmie kiepskiego scenariusza. Widać póki co nie da się logicznie pożenić ze sobą cyber thrillera i starej szkoły sensacji. Nie da, bo konwencje te zupełnie do siebie nie pasują. W efekcie otrzymaliśmy film, który na zmianę niezamierzenie bawi i irytuje. A w małych przerwach przypomina o dawnej wielkości pana Manna.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz