kino / dvd

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi – kosmos w ogniu, planeta w czerwieni, Jedi w d… [recenzja]

Dwa lata od “Przebudzenia mocy” minęły błyskawicznie. Po drodze mieliśmy jeszcze udany wycinek sagi w postaci przygód załogi Łotra 1, ale wszyscy czekali na powrót tych najważniejszych bohaterów. A przede wszystkim, na pełny powrót i wejście do gry Luke’a Skywalkera.

Seans “Przebudzenia mocy” na dwa dni przed premierą „Ostatniego Jedi”, to nieco dziwne doświadczenie. Umyka już czar świeżości, umyka tamten hype, nie umykają natomiast fabularne uproszczenia i w zasadzie prostota tej wizji. Prostota, nie prostactwo. Prostota, mimo jak zawsze znakomitych efektów specjalnych, mająca oldschoolowy posmak. Bez komplikacji, prosto z mostu, Republika kontra Nowy Porządek, wiadomo, o co chodzi. Ale i tak na pierwszy plan wychodzą przekonania i postawy bohaterów, ich dylematy moralne i ich pojedynki –  te które toczą z innymi bohaterami i przede wszystkim te, które odbywają się w ludzkim wnętrzu. Ostatnia scena. Rey jednoznacznym gestem wyciąga miecz, Luke jedynie patrzy. Waha się? Boi? Co wydarzy się dalej? Cóż, już wiadomo. Bo te dwa lata minęły błyskawicznie, niczym skok w nadprzestrzeń.

Z tego skoku wpadamy wprost  w objęcia wypasionego widowiska, dostając na samym początku znakomitą kosmiczną rozwałkę, z chwytającymi za serce momentami. Kosmos w ogniu, determinacja, jak zwykle Imperium, pardon, Nowy Porządek nienadążający za strategią, czy raczej wojenną improwizacją resztek obrońców Republiki. Czyli w zasadzie rebeliantów. A potem… Hmmm. Potem robi się dziwnie. Tak dziwnie, że właściwie nie wiadomo o czym tu pisać.

Bo “Ostatni Jedi” niestety rozłazi się w szwach i to w tych najistotniejszych, bo na poziomie scenariusza i w dużym stopniu montażu. “Przebudzenie mocy” było skondensowane i wartkie, “Ostatni Jedi” jest statyczny, wręcz rozlazły. Nie zdarza mi się narzekać na długość filmów bądź seriali. “Blade Runner 2049” – spoko. “Punisher” z Netflixa? Git. Tzw. dłużyzny wcale nie przeszkadzały. Niestety w “Ostatnim Jedi” przeszkadzają. Akcja jest tu pozorowana. Dynamika siada. Pojawiają się zmarnowane wątki i tym samym zmarnowane postacie (przykładowo ta, grana przez Benicio del Toro).  A u oglądającego, w miarę trwania seansu pojawia się coraz częstsze marszczenie brwi, będące odpowiednikiem swojskiego już wtf.

Żeby nie było – ten film ma znakomite momenty. Pomysłowe. Śmieszne. Zaskakujące. Ale wciąż, po obejrzeniu, daleko mojej opinii do tych, które pojawiały się po oficjalnej premierze, jakoby jest  szansa, że mamy do czynienia z najlepszą odsłoną “Gwiezdnych Wojen”. Przykro mi niezmiernie, ale nie. Film jest spoko. W sensie, że może być. Cholera, czuję się, jakbym prawił herezje. Ze świadomością, że raczej czytający nie polubią tej recenzji. Dlatego aż chciałoby się trochę pospoilerować, no ale jeszcze nie czas na to. Ale może pogrzebmy trochę w bebechach “Ostatniego Jedi”.

Rey. Daisy Ridley straciła werwę. Może przez to, że przychodzi jej mieć interakcje z Markiem Hamillem, a nie Johnem Boyegą? Z kolei w przypadku Marka Hamilla miała to być ponoć rola oscarowa. Rola jest spoko, fajnie pomyślana, właściwie mamy do czynienia z zamianą ról. Rey jest taka, jak kiedyś Luke, pełna ideałów, a Skywalker to zgryźliwy i rozgoryczony starszy pan. Fajnie, ale coś nie do końca działa w tej interakcji.

Kylo Ren. Adam Driver miota się jak wściekły i nawet się okazuje, że ma ku temu powody. A nawet plan na przyszłość – plan taki, że nawet w pewnym momencie oczy nam się rozszerzają ze zdumienia i nadzieja na coś niezwykłego wzbiera w sercu. Zresztą sami zobaczycie.

Co jeszcze? Finn w porządku, tylko dostał słaby wątek, który miał szanse być ozdobą filmu, ale jakoś się nie stał. Leia – Carrie Fisher wypada lepiej niż w “Przebudzeniu mocy”, a do tego ma scenę, dla jednych piękną, dla innych pewnie kuriozalną. Poe Dameron – Oscar Isaac robi dobrą robotę, zwłaszcza, kiedy filmowi siada tempo. Snoke – w “Przebudzeniu mocy” był straszniejszy i nieprzenikniony – tutaj to tylko komputerowy brzydal, który za dużo gada. Generał Hux – zrobienie z niego elementu komediowego to ciekawy zabieg. Ufff..

“Ostatni Jedi” jako całość – nie spełnia oczekiwań. Ale jak już wspomniałem, ma momenty, ma smaczki, które wciąż każą wierzyć w magię “Gwiezdnych Wojen”. Ot choćby kosmos w ogniu, planeta w czerwieni plus ostatnia scena.  I jeszcze cudowna definicja rycerzy Jedi poczyniona przez Rey. Generalnie – to Jedi mają w sadze najbardziej przechlapane. Wiecznie rozdarci i wiecznie balansujący na ścieżce biegnącej między ciemną i jasną stroną mocy. Męczące dylematy, wyjątkowe powinności, a i tak zazwyczaj kończy się tym, że trzeba pomachać mieczem świetlnym. I nie, wcale nie przedstawiłem tu definicji Rey. Ta jest bardziej błyskotliwa i znakomicie pokazuje rozdarcie między rzeczywistością a wyobrażeniem. I chyba najlepiej uzmysławia nam trudy bycia rycerzem Jedi. Zaprawdę, los nie do pozazdroszczenia… chyba właśnie po seansie “Ostatniego Jedi”, w pełni to do nas dociera. Stąd w tytule recenzji, być może z lekka niefortunna, końcowa fraza.

Gwizedne Wojny: Ostatni Jedi (Star Wars: The Last Jedi). Rezyseria: Rian Johnson. Obsada: Daisy Ridley, John Boyega, Mark Hamill, Oscar Isaac, Adam Driver, Benicio del Toro, Carrie Fisher, Andy Serkis. USA 2017
5.5
Gwizedne Wojny: Ostatni Jedi (Star Wars: The Last Jedi). Rezyseria: Rian Johnson. Obsada: Daisy Ridley, John Boyega, Mark Hamill, Oscar Isaac, Adam Driver, Benicio del Toro, Carrie Fisher, Andy Serkis. USA 2017
Kategorie
kino / dvd
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore’a. Pisał artykuły do „Nowej Fantastyki”, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Komentarz
  • beno
    12 grudnia 2017 at 21:36
    Skomentuj

    Jakie dłużyzny w Blade Runnerze… Przecież ten film, choć długi, cały czas trzymał za twarz. Tam nie miało co przeszkadzać, bo każda scena miała sens.

  • Dodaj komentarz