kino / dvd

Gwiezdne Wojny Historie. Łotr 1 – początki rebelii wreszcie na DVD [recenzja]

Pomysł na realizację kolejnych filmów osadzonych w uniwersum Gwiezdnych Wojen zawsze wydawał mi się kompletnie nietrafiony. O ile jeszcze „Przebudzenie mocy” rozumiałem jako disneyowską grę na sentymentach, tak idei realizacji „Łotra 1” pojąć nie mogłem.

Oczywiście idea jest jasna. Pięniądze. To po pierwsze i najważniejsze i niech nikt nie oszukuje się, że jest inaczej, bo niby dlaczego znów wywlekać na scenę Dartha Vadera, cyfrowo tworzyć twarz Petera Cushinga i po raz kolejny kazać wznosić się Gwieździe Śmierci? Bo tu dochodzi drugi element idei – fani i ich bezkrytyczna miłość do cyklu i pierwowzorów stworzonych przez George’a Lucasa. Tylko ile razy można ogrywać ten sam schemat? Wspomniane „Przebudzenie mocy” uświadomiło twórcom dwie rzeczy – część fanów ma dosyć skostniałej formy (znów Tatooine? Kolejna Gwiazda Śmierci? Ile razy można?!), część nie znosi zmian i nowatorskiego podejścia (Kylo Ren jest żałosny! Gdzie jest Vader?!). Twórcy nie mieli łatwego zadania, dlatego podjęli prawdopodobnie najbardziej karkołomną decyzję i zdecydowali się otworzyć nową serię Gwiezdnych Wojen – historie. W pierwszej z nich, wspomnianym „Łotrze 1” przenosimy się za kulisy wielkiego konfliktu, konkretnie przed wydarzenia otwierające „Nową nadzieję”. Tu młoda buntowniczka Jyn Erso otrzymuje zadanie zdobycia planów nowej, niezwykle groźnej broni, jaką dla Imperium stworzył jej ojciec, Galen. Dołączają do niej stopniowo kolejne osoby i wkrótce oddział rebeliantów wyrusza na misję, której finał zna każdy, kto choć raz obejrzał oryginalną trylogię Lucasa. Pytanie, czy gdy wszyscy znają zakończenie, da się zrobić interesujący film?

Bez dwóch zdań, odpowiedź jest twierdząca. Przede wszystkim jest to efekt umiejętnego przedstawienia opowiadanej historii – od początku sugerującej, że nie znajdujemy się w bajkowej, przyjaznej galaktyce filmów Lucasa. Prolog jest ponury i zimny, jego wymowa też bardzo pesymistyczna, zaś potem akcja przyśpiesza tak, że przez pierwsze kilkadziesiąt minut trudno się połapać w przedstawianych wydarzeniach. Nagromadzenie postaci i wątków może przyprawić o zawrót głowy, ale w tym celu wrzucono tu postacie, które fani znają i kochają (wspomniany Lord Darth Vader, Wielki Moff Wilhuff Tarkin), by zostawić punkty styczne. Z czasem jednak kolejne elementy układanki wskakują na swoje miejsce, a cała intryga nabiera sensu, wytrącając mi przy okazji z ręki jeden z koronnych argumentów w dyskusjach o błędach sagi. No bo jak wytłumaczyć, dlaczego wielka, wspaniała, niezniszczalna Gwiazda Śmierci zawsze daje się zniszczyć, w zasadzie jednym strzałem? Ktoś wreszcie o tym pomyślał i logicznie wytłumaczył. Przyjmuję. Szkoda, że przy okazji ten ktoś zapomniał, że maszyny AT-AT były w zasadzie nietykalne dla zwykłych pojazdów szturmowców. Jest to jednak jedyny zarzut, jaki mogę postawić wobec tego filmu (no, może jeszcze przerysowana kreacja Foresta Whitakera). To wreszcie Gwiezdne Wojny, jakich brakowało mi od samego początku – gdzie czuć prawdziwą wojnę, prawdziwą beznadzieję walczących z ciemiężycielami rebeliantów, gdzie wreszcie ci sami rebelianci nie są tak krysztalicznie czyści. I tak samo przekonani o swoich racjach. To też wreszcie film, w którym cały mistycyzm Mocy i Jedi jest jedynie tłem, odległym echem dawnych legend i wierzeń. Mówiąc wprost – to najbrudniejsze Gwiezdne Wojny. Dzięki temu też trochę najbardziej przejmujące, bo rzucające cień na całą sagę. „Łotr 1” pokazuje, ile naprawdę kosztowała ta „Nowa nadzieja”, którą cieszyli się rebelianci w 1977 roku.

Osobną kwestią filmu jest jego realizacja. Znów cofamy się do wydarzeń sprzed głównej trylogii (dla wielu jedynej), ale tym razem twórcy nie szarżowali jak Lucas w pierwszych epizodach z początku XXI-go wieku. Tutaj całe otoczenie, cały sprzęt wygląda jak ten z kadrów z lat 70-tych, a przy tym jest odpowiednio nowoczesny. Wspominałem o cyfrowej twarzy Petera Cushinga wklejonej na Guya Henry’ego, muszę zachwycić się atakiem Vadera (którego obowiązkowo dubbinguje James Earl Jones), odpowiednio topornym i klasycznym, ale jakże efektownym (i efektywnym). Twórcy od początku do końca zachowali wierność oryginałowi, z szacunkiem podeszli do świętości i choć trochę je przybrudzili, zyskali dzięki temu nową jakość. Czekam na kolejne historie, nawet bardziej niż następną odsłonę nowej trylogii.

Posiadacze odtwarzaczy Blu-Ray mogą się cieszyć mnóstwem dodatków w postaci filmów dokumentalnych: Rewolucyjny pomysł, Jyn: Rebeliantka, Cassian: Szpieg, K-2SO: Droid, Baze i Chirrut: Strażnicy Oświeconych, Bodhi i Saw: Pilot i buntownik, Imperium, Wizja nadziei: Łotr 1. Gwiezdne wojny: historie, Księżniczka i gubernator, Epilog: opowieść trwa. To ważna informacja dla zagorzałych fanów, bowiem wersja DVD tych dodatków jest pozbawiona. Niestety – Moc jest kosztowna.

„Gwiezdne Wojny Historie. Łotr 1”. Reż. Gareth Edwards. Obsada: Felicity Jones, Diego Luna, Alan Tudyk, Donnie Yen.(Galapagos Films, DVD/Blue Ray 2017). Ocena: 75%

Kategorie
kino / dvd
Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, muzyk, redaktor, publicysta. Autor i współautor ponad dziesięciu zbiorów opowiadań m.in. "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Lek na lęk" (2011), cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (2013), "Pradawne zło" (2014), "Horror klasy B" (2015), oraz powieści "Miasteczko" (2015), "Zombie.pl" (2016), "Nienasycony" (2017). Muzyk zespołów Acrybia, Damage Case i Wilcy. Stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec trójki dzieci.

Dodaj komentarz