Broad Green Pictures
kino / dvd

Green Room – drugi kolor Saulniera: zielony [recenzja]

Jeremy Saulnier jest jednym z ciekawszych reżyserów wywodzących się kina indie na przestrzeni ostatnich lat. Rozgłos zyskał już wcześniejszymi „Murder Party” i „Blue Ruin”. Jego trzeci film znów ma szansę powalczyć co najmniej o kilka festiwalowych nagród, bo podobnie jak poprzednicy, jest kawałkiem cholernie dobrego kina.

[quote align=right]Zanim jeszcze dojdzie do właściwego zawiązania akcji, niemal namacalna jest wisząca nad bohaterami ciężka, burzowa chmura wielkiej katastrofy.

Życie młodych, punkrockowych buntowników łatwe nie jest. Nie dość, że z łojenia na wiosełkach pieniędzy za grosz, to jeszcze tułaczka po spelunach, przed wejściem do których należałoby się co najmniej dwa razy zastanowić. Bohaterowie filmu Amerykanina coś o tym wiedzą, więc gdy pojawia się okazja zagrania koncertu za większą kasę, skwapliwie z niej korzystają – i przy okazji całkiem przypadkowo pakują się w nieliche kłopoty. Bo bycie świadkami morderstwa to jedno, a jeśli dodatkowo popełnili je nie zamierzający pozostawić żadnych świadków neonazistowscy właściciele klubu, można ze sporym prawdopodobieństwem zakasywać rękawy na walkę o życie.

Prawda, że nie wygląda to na zbyt skomplikowane? Saulnier ma talent do wyciągania z tego typu pozornie prostych sytuacji małych detali, decydujących o tym, że jego filmów nie można określić „jednymi  z wielu”. W „Blue Ruin” bawił się z konwencją revenge movies, pokazując dramat zwykłego człowieka postawionego w niezwykłej, dramatycznej sytuacji. „Green Room” jest oparty na podobnym pomyśle wyjściowym. Tu na tapetę wzięty jest jednak klasyczny, odwracający role oprawców i ofiar thriller, zmieszany w przyzwoitych dawkach z krwistym slasherem. I co tu dużo kryć, w wykonaniu Saulniera miks to zdecydowanie intrygujący.

„Green Room” angażuje z kilku powodów. Raz, że ma świetny, nieoczywisty scenariusz. Postaci, tak protagonistów jak i adwersarzy z biegiem ekranowych minut podejmują decyzje zgoła nieprzewidziane, a rozwój sytuacji może w kilku momentach nieźle zaskoczyć . Dwa, to podręcznikowe wręcz stopniowanie napięcia. Szczególnie w pierwszej połowie filmu, kiedy fabuła dopiero się rozkręca, niemal namacalna jest wisząca nad całością ciężka, burzowa chmura wielkiej katastrofy. Mimo dość ponurego wydźwięku całości, nie można zapominać też o kilku scenach, w których reżyser rozładowuje śmiertelną powagę wydarzeń zgrabnie podanymi porcjami czarnego humoru.

Świetnie wypada „Green Room” również pod względem technicznym. Scenografowie wykonali kawał solidnej roboty – wnętrze klubu wygląda naprawdę obskurnie, a zewsząd wyziera robactwo, chaos i brud który można z ekranu wręcz zdrapywać. Saulnier nie ma też problemu z pokazaniem sporej dawki naturalistycznej wręcz przemocy. Tu nie ma tryskających na boki litrów czerwonej farby – jest za to samo mięcho, które przy kilku bliższych ujęciach zniesmaczy niejednego widza o słabszym żołądku.

Także obsada dała radę. Na taką Imogen Poots z reguły patrzy się z przyjemnością i tutaj nie jest inaczej  – zwłaszcza, że rola zblazowanej buntowniczki (prawda, że ładny oksymoron?) ewidentnie jej pasuje. Pozostali z młodych aktorów też nie zawiedli – tu zdecydowanie a pierwszy plan wybijają się znany chociażby z „Peaky Blinders” Joe Cole i niedoszła nadzieja Hollywood, Anton Yelchin (wielka szkoda tego aktora), grający dwie podobne, a zarazem zupełnie różne od siebie osobowości. W kontrapunkcie dla młodzieży stoi etatowy aktor Saulniera- tutaj nieco fajtłapowaty – Macon Blair i przede wszystkim rewelacyjny Patrick Stewart, który ze swoim iście Heisenbergowym, stoickim spokojem i metodycznością potrafi wzbudzić autentyczną grozę.

„Green Room” to drugi, udany eksperyment z kinem zahaczającym o niezależne klimaty w wykonaniu Saulniera. Może nie tak oryginalny, czy wysublimowany jak „Blue Ruin”, ale wciąż satysfakcjonujący na tyle, by po seansie kiwnąć z uznaniem głową. Teraz wypada jedynie czekać, co też Amerykanin będzie w stanie nam zaoferować przy podejściu do koloru numer trzy.

Kategorie
kino / dvd
Maciej Bachorski

Rocznik '87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz