Legendary Pictures
kino / dvd

Godzilla [recenzja]

Najgroźniejszy gad świata powraca na ekrany. Jest większy i potężniejszy niż kiedykolwiek. A czy to najlepszy film o „Godzilli”? Niestety nie.

Kiedy hollywoodzcy producenci zdecydowali się powierzyć najnowszą wersję „Godzilli” w ręce młodego brytyjskiego reżysera, Garetha Edwardsa niemal podskoczyłem z radości. Debiutancka „Strefa X” Edwardsa to moim skromnym zdaniem jeden z najlepszych monster movies ostatnich lat. Maleńki budżet (raptem pół miliona dolarów) reżyser kapitalnie ograł rozkładając w swoim filmie zupełnie inaczej akcenty. Opowieść o dziwnych potworach żyjących gdzieś na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Meksyku w łapach Edwardsa zamieniła się w ładnie poprowadzoną historię miłosną (tak między ludźmi jak potworami). Dlatego naiwnie wierzyłem, że Edwards, który ewidentnie czuje zasady rządzące monster movies zamieni „Godzillę” w film, w którym nie będzie chodzić tylko o potwory a o coś więcej… I chyba taki był zamysł artystyczny reżysera. Pech chce, że na swój film Edwards dostał aż 160 milionów dolarów. A z tak wielkim budżetem wiąże się wielka odpowiedzialność. Studio nie mogło sobie pozwolić (albo bało się) na zabawy z gatunkiem i tak powstała „Godzilla”. Najbardziej popękany blockbuster ostatnich lat.

Zacznę od pozytywów. Nowa Godzilla jest wspaniała. Powala swoją majestatycznością a pojedynki między potworami to absolutne mistrzostwo świata. Dobra – już to napisałem. Tak, między potworami. Aby nie psuć wam zabawy, nie zdradzę jakimi. Cały wątek potworny w „Godzilli” to najmocniejsza część filmu. Widać tu, że Edwards miał na „Godzillę” pomysł i próbował podobnie jak w „Strefie X” bawić się proporcjami. Na pierwszy plan bowiem wysuwa się nie nasza ukochana Godzilla a inne monstra, które łączy relacja niemal taka sama jak w „Strefie…”. Trudno zresztą oglądając „Godzillę”  i nie odnieść wrażenia, że Edwards próbował tu poprawić swój pierwszy film i celowo powtarza niemal całe ujęcia ze „Strefy…” tyle, że z dużo większym budżetem…

Kapitalnym pomysłem także było promowanie filmu w taki sposób, aby wydawało się nam, że… no właśnie. Nie zdradzę wam przed premierą o co chodzi, ale czekam z niecierpliwością na pierwsze recenzje spisane na podstawie trailerów. Będą zabawne… Bardzo zabawne…

A teraz pora na rzeczy złe, a raczej rzecz jedną, ale kluczową. Otóż najsłabszym ogniwem nowej „Godzilli” jest jej scenariusz. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że podpisany przez Maxa Borensteina skrypt był poprawiany bezustannie. Pracował nad nim nawet sam Frank Darabont, który próbował poprawić scenariusz na dwa miesiące przed  rozpoczęciem zdjęć. To niestety widać na ekranie. O ile postaci potworów są dopracowane, a ich historie pełne i zamknięte, tak ludzie w „Godzilli” zdają się być zbytecznym dodatkiem. Aktorzy pojawiają się na chwilę, wygłaszają banalne kwestie i zaraz albo giną, albo znikają wycięci z fabuły. O ile jeszcze na banały w dialogach przymykam oczy, bo w końcu to nie jest nowa adaptacja „Hamleta”, tak na nielogiczności już nie. Dlatego do tej pory nie rozumiem po co komu w „Godzilli” był motyw sapera, bowiem jest on rozegrany tak samo jak motyw panów od map w „Prometeuszu”.

Reasumując: Edwards wyszedł zwycięsko z walki z potworami, ale poległ w konfrontacji z ludźmi. Nie dziwi mnie to wcale. Młody reżyser był zapewne permanentnie pilnowany przez producentów, a jakiekolwiek próby wprowadzania postaci, których poczynania miałby jakikolwiek cel i sens szybko wybijano mu z głowy. I tak powstał film, który powala rozmachem i sprawnością w swojej monster części oraz niemożebnie irytuje za każdym razem, gdy pojawiają się ludzie. Potwory jak zawsze okazały się prostsze w obsłudze.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz