kino / dvd

Ghost in the Shell – niebywały rozmach i fundamentalne zmiany [recenzja]

Aktorski „Ghost in the Shell” to zapierające dech w piersi efekty i niestety absolutne wypaczenie idei wymyślonych przez Masamune Shirowa.

Manga „Ghost in the Shell” zaczęła ukazywać się w roku 1989, będąc reakcją na to co zaszło na świecie w ciągu tej dekady. Doktryna Reagana, potocznie określana mianem „Gwiezdnych wojen” dogorywała. Komunizm upadał. Technologia przeżywała gigantyczny rozkwit, a świat zmierzał w nową, zupełnie inną stronę. Koniec wojen między największymi mocarstwami, początek nowego ładu. I zarazem prawdziwy początek ery komputerów. „Ghost in the Shell” podobnie jak proza Williama Gibsona i cały cyberpunk, pokazywał możliwą wersję przyszłości w której władzę nad państwami przejmują korporacje, a technologia staje się główną siłą napędową rozwoju.

Pewnie, że wariacje na ten temat mieliśmy już fantastyce wcześniej. Że wizję przyszłości technologicznej na zawsze wprowadził do powszechnej świadomości Ridley Scott (bardzo określoną wizję, która z kolei wyrastała bezpośrednio z „Metropolis” Langa). „Ghost in the Shell”, „Akira” i „Neuromancer” czerpiąć garściami z tradycji, wytyczyły nową drogę dla fantastyki. Drogę, którą w zasadzie będzie ona poruszać się do dziś.

[quote align=right]Zmiany wprowadzone w scenariusz są fundamentalne. Bowiem twórcy nowego „Ghost in the Shell” zrywają z opowieścią o człowieczeństwie łączącym się ze sztuczną inteligencją, stawiając na bardziej tradycyjny model – człowiek nad maszyną.

O hollywoodzkiej ekranizacji „Ghost in the Shell” mówiło się latami. W zasadzie to film ten, razem z hollywoodzką adaptacją „Akiry”, miał szansę stać się czymś w rodzaju filmowej miejskiej legendy. I kiedy wydawało się, że faktycznie tak się stanie, nagle prace nad filmem ruszyły. A wraz z nimi pierwsze skandale. Poszło oczywiście o wybielenie Major, głównej bohaterki, która w kinowej wersji zyskała aparycję Scarlett Johansson. Czy były to obawy słuszne? Czy biała Major wypacza fabułę i koncepcję? Ano nie. Ale tylko przez to, że filmowy „Ghost in the Shell” to zupełnie inna opowieść niż manga czy kultowe anime.

Zmiany wprowadzone w scenariusz są fundamentalne. Bowiem twórcy nowego „Ghost in the Shell” zrywają z opowieścią o człowieczeństwie łączącym się ze sztuczną inteligencją, stawiając na bardziej tradycyjny model – człowiek nad maszyną. Taka futurystyczna wersja pisowskiej: „chłopak dziewczyna, prawdziwa rodzina”. Zresztą w finale mamy tu niemal romans (w sumie nie niemal), a nad techniką triumfuje miłość i pamięć.

Na pewno ta zmiana fundamentalnie zmienia wydźwięk oryginału i stawia całą historię Major w zupełnie nowym świetle. Czy to źle? Trudno ocenić. Fakt – od wydania „Ghost in the Shell” minęło prawie trzydzieści lat. Przez ten czas otrzymaliśmy niezliczoną ilość historii o walce sztucznej inteligencji z człowiekiem, a sam motyw Puppet Mastera (figura złego w oryginale) został ograny na milion sposobów. Twórcy nowej odsłony „GitSa” postawili zatem na opowieść tradycyjną. Inną i taką która zapewne fanów serii doprowadzi do białej gorączki.

I tu należy zadać sobie fundamentalne pytanie. Czy jest to film dla fanów? Ano raczej nie. Marka sama w sobie i tak przyciągnie do kina wielbicieli. Ale siłą napędową tej branży (czytaj kasową) są dziś widzowie w wieku między czternaście a dwadzieścia cztery lata. Widzowie, którzy w większości nie mają pojęcia o tym, że coś takiego jak manga czy anime „Ghost in the Shell” istnieje. I to jest film dla nich. Naszpikowany odpowiednią ilością górnolotnych cytatów, aby sprawiał wrażenie zanurzonego we wschodnich mądrościach. Zrealizowany z niebywałym rozmachem. Miasto przyszłości robi wrażenie piorunujące, a sceny walk są pięknie rozpisane i zrealizowane.

Jako trzydziestoośmiolatek, który zna dobrze oryginał wychodziłem z kina zirytowany, tym jak pomieszano tu wątki, usunięto kluczowe sceny i elementy. Ale to ja – facet znajdujący się już poza targetem producentów. Widzowie o dwadzieścia lat młodsi wyjdą pewnie zachwyceni. W końcu ktoś w futurystyczny, niebywale widowiskowy sposób powiedział im w kinie jak żyć. Trzeba działać, działać, działać. Nie wspomnienia nas kształtują a czyny. Ja jednak jestem już zmęczony. Ja wolę czasami powspominać.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz