kino / dvd

Free Fire – mistrzowska gangsterska jatka [recenzja]

Ben Wheatley to jeden z najzdolniejszych i najoryginalniejszych brytyjskich reżyserów młodego pokolenia. Swoim najnowszym filmem „Free Fire” udowadnia, że świetnie czuje się w każdym gatunku. Nawet w cynicznej, czarnej jak smoła komedii sensacyjnej.

To miała być szybka, prosta robota. Dwa gangi. Portowe doki. Walizka z kasą. Skrzynie z bronią. Wszystko szło dobrze, do momentu kiedy okazało się, że jeden gangster pobił noc wcześniej gangstera z drugiej ekipy. Od słowa do pięści, od pięści do strzelaniny. Prosta robota komplikuje się do tego stopnia, że niemal wszyscy zainteresowani, leżą na podłodze z ranami postrzałowymi. A to dopiero początek jatki.

„Free Fire” garściami czerpie tak ze „Wściekłych psów”, jak filmów Martina Scorsese i kina rodem z Hong Kongu. Tyle, że o żadnym wtórnym powielaniu schematów nie ma tu mowy. Wheatley nie raz udowadniał już, że w kinie nie interesuje go opowiadanie tak samo, jak wszyscy. Swoje kino grozy łączył więc albo z kinem społecznym (fenomenalne pogańsko-psychodeliczne „Kill List”), albo z historycznym moralitetem (hipnotyzujące „A Field in England”). W „Turystach” żonglował czarną komedią i thrillerem. W „High-Rise” z kolei świetnie poradził sobie z wymagającą prozą J. G. Ballarda.

We „Free Fire” idzie zatem pod prąd kina akcji. Już na samym początku okalecza wszystkich bohaterów, zmuszając ich do pełzania i czołgania się przed kamerą. Wybryk? Nic z tych rzeczy. Bo mimo swojej dziwnej i niespotykanej perspektywy „Free Fire” wciąga a jego tempo nie słabnie na minutę. Kino akcji z poziomu podłogi? Coś w tym jest na rzeczy. Ale nie tylko. To kino akcji zrealizowane z perspektywy faceta, którego interesuje bawienie się gatunkowymi kliszami. Wkręcanie postaci w coraz większa paranoję. Igranie z uczuciami widzów (bo w zasadzie do końca nie wiemy komu kibicować i kto tu jest tym dobrym). No i wreszcie makabra. Ta ma tu dwa wymiary. Jeden czysto fizyczny – krew leje się strumieniami, a bohaterowie giną albo w męczarniach, albo od spektakularnych ran. Drugi wymiar ma podłoże psychologiczne. Wheatley bowiem od dawna lubuje się w stawianiu swoich bohaterów w sytuacjach ekstremalnych. W dręczeniu ich (a co za tym idzie i nas widzów), sprawianiu, że mają nadzieję na ocalenie, które nigdy nie nadchodzi.

Jest zatem z jednej strony „Free Fire” wyśmienitą zabawą z kinem gangsterskim. Cyniczną, sarkastyczną, ociekającą wręcz od czarnego humoru. Z drugiej zupełnie poważną opowieścią o życiowym pechu, ślepym przeznaczeniu i tym, że od kuli uciec się nie da. No i tym, że z dziewczynami zadzierać jednak nie warto.  A wszystko to opowiedziane w niezwykle wysmakowanej retro konwencji. Chwilami tak doskonale naśladującej kino lat 70., że mamy wrażenie iż to nie film Wheatley’a a jakaś zaginiona perełka kina gangsterskiego ze tamtych lat.  

Free Fire, reż. Ben Wheatley, wyst.: Brie Larson, Cillian Murphy, Sam Riley, Sharlto Copley Wielka Brytania 2017. Ocena: 85%

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz