kino / dvd

E.T.

 

 

E.T (E.T. the Extra-Terrestrial) Reż. Steven Spielberg. Wyk. Henry Thomas, Dee Wallace, Drew Barrymore. USA 1982.

 

Najwspanialszy film dla dzieci w historii kina? Przez ostatnie lata myślałem zupełnie inaczej, próbując z całych sił negować wielkość „E.T.” Dlaczego? Bo jak każdy głupi i sfrustrowany dorosły, próbowałem zabić w sobie dziecko. Dopiero poranny niedzielny seans „E.T.” z trzyletnia córką uświadomił mi jak bardzo tkwiłem w błędzie. Ale po kolei.

 

 

 

Jeśli nie wiecie, o czym jest „E.T.” – szybkie przypomnienie. Pewnej nocy rządowe służby specjalne przerywają ekipie kosmicznych botaników prace przy zbieraniu ziemskiej flory. Statek kosmiczny pospiesznie odlatuje zostawiając na Ziemi jednego kosmitę naukowca. Wkrótce sympatyczny stworek zaprzyjaźni się z chłopcem o imieniu Elliott, wywracając do góry nogami życie przeciętnej amerykańskiej rodziny.

 

Spielberg kręcąc „E.T”  miał trzydzieści pięć lat. Był już wielką gwiazdą reżyserii a na każdy jego kolejny film czekali tak krytycy, jak fani. Produkcja „E.T.” objęta była absolutną tajemnicą. Na czas trwania zdjęć projekt nosił tytuł „A Boy’s Life”, scenariusz otrzymali tylko aktorzy grające główne role, a całą ekipę zaopatrzono w specjalnie karty identyfikacyjne. Gdyby jakiekolwiek informacje przedostały się dalej producenci przewidzieli drakońskie kary.

 

Cały ten cyrk z bezpieczeństwem i tajemnicą brał się nie tylko z chęci zaskoczenia widzów (powszechnie w USA mówiono wówczas o tym, że Spielberg miał zrealizować horror SF „Night Skies” o obcym nękającym pewną rodzinę, a „E.T.” było kompletnym zaprzeczeniem tamtej fabuły), ale przede wszystkim z faktu, iż „E.T.” było najbardziej osobistym projektem reżysera. W końcu sprzedawał on w nim opowieść o własnym dzieciństwie. Rozliczał się z traumą, jaką dla niego był rozwód rodziców, opowiadał o tym jak wymyślił sobie z poczucia samotności i wyobcowania przyjaciela. Tyle, że w filmie wyimaginowany kolega zamienił się w dziwacznego, przyjacielskiego kosmitę.

 

Oczywiście, kiedy mając bodaj lat siedem (może mniej) oglądałem pierwszy raz „E.T.” nie miałem prawa wiedzieć o przeżyciach Spielberga. Jak zaczarowany pochłaniałem film siedząc skulony w fotelu w kinie „Zorza” (dziś jedna z kilkuset „Biedronek”). I chociaż oglądałem ten film kilka razy, dopiero teraz przekonałem się, że tak naprawdę wcale go nie pamiętałem. Znaczy wiedziałem, o czym jest, logo wytwórni  Amblin sprawiło, że kojarzyłem doskonale scenę z rowerem, a historia życia Drew Barrymore nie dała zapomnieć o pocałunku z kosmitą. To wszystko. Czyli nic.

 

Z biegiem lat „E.T.” po prostu wyparował z mojej pamięci, stając się nie czymś ważnym i żywym, a wyblakłym wspomnieniem dzieciństwa i tanich – z perspektywy jakże mądrego i zadufanego w sobie dorosłego – wzruszeń. O ja głupi. O ja żałosny. To dlatego, powodowany przekonaniem o wyższości wieku nad wspomnieniami uznałem, że w naszej książce o kinie „13 po 13” (mojej i Lecha Kurpiewskiego) na „E.T.” miejsca nie ma. Zbyt znany, zbyt popularny i wzrusza tylko dzieci. Jeszcze raz powtórzę – o ja żałosny.

 

Dopiero seans z trzylatką uświadomił mi jak niebywale ważny to film. Nie tylko z perspektywy historii kina (to nie ulega wątpliwości a sposób, w jaki Spielberg prowadzi i łączy ze sobą wątki kosmiczne i ziemskie to bezustannie klasa sama w sobie), ale przede wszystkim z perspektywy ludzkiej. „E.T.” bowiem to prosta, ale jakże mądra i wnikliwa opowieść o przemijaniu i tym jak z upływem wieku zabijamy na własne życzenie dziecko w nas tkwiące.

 

Jak niewiele potrzebował Spielberg, aby pokazać różnicę między Elliottem, jego rodzeństwem a światem dorosłych. Dla dzieci pojawienie się kosmity nie jest niczym strasznym, ani osobliwym – to wyzwanie, z którym trzeba sobie poradzić. Dziecięca wyobraźnia sprawia, że dla nas dorosłych trudna komunikacja z obcą cywilizacją, okazuje się prosta i naturalna. Wystarcza odrobina dobrych chęci, otwarte serca i umysły. Dla dorosłych obcość to coś, co trzeba jak najszybciej zniewolić.

 

Z upływem lat, bowiem tracimy naszą dziecięcą odwagę i radość. Zamykamy się na świat, innych. Naszą oziębłość tłumaczymy dojrzałością, odpowiedzialnością, rachunkami, kredytami, rodziną, długami i wreszcie bezpieczeństwem. Dlatego z całych sił staramy się zabić nasze wewnętrzne dziecko (nie bądź dziecinny – ile razy to słyszymy i sami mówimy…), bo wydaje nam się, że ono jest źródłem naszej słabości. Tyle że w swoim durnym „dojrzałym” zapatrzeniu się zdołaliśmy pomylić naturalną, dziecięcą ciekawość świata ze słabością. A jest dokładnie odwrotnie. To my dorośli jesteśmy słabi, bo pozbawieni ciekawości życia, naszą życiową niemoc maskujemy karierą, gniewem, agresją i masą „dorosłych” odruchów.

 

Niby to wszystko jest oczywiste. Internet pełen jest cytatów o tym, że należy pielęgnować dziecko w sobie, że ono najważniejsze itp. Cóż jednak z tego, że o wiele prościej się pisze niż robi. Do tej pory byłem przekonany, że całkiem sprawnie dbam o mojego wewnętrznego dzieciaka, a dopiero dziś rano uświadomiłem jak bardzo się okłamywałem. Dopiero projekcja „E.T.” z dzieckiem sprawiła, że coś w środku mnie pękło i pokazało jak wielkim hipokrytą jestem.

      

Dobra, spełniam marzenie i bez wielkiej korporacji tworzę całkiem dobrze rozwijający się portal, przygotowuję wielką imprezę, która ma całkiem spore szanse na sukces. Owszem to, co robię ma w sobie szaleństwo dziecka. Ale… No właśnie, to drobne, ale pokazało mi „E.T.” oglądane z własnym dzieckiem. Poryczeliśmy się wspólnie, ale z zupełnie innych powodów. Ona płakała, bo bała się, że umrze E.T., ja płakałem, bo bałem się, że w środku umrę. Bo mimo spełniania marzeń, pracy nad własnym projektem, tak naprawdę bałem się przyznać przed sobą, że przez cały czas na coś liczę. Liczę na sukces, zysk, uwagę. W końcu liczę na to, że moi byli wspólnicy w końcu staną się byli. I wiele innych rzeczy. A to nazywam śmiercią dziecka. Umiera jak E.T. w wyniku chorób przenoszonych przez głupotę dorosłych.

 

Bo dziecko i siła dziecięcej wyobraźni polega na tym, że jest kompletnie bezinteresowna. Zysk, emocjonalne szantaże i inne parszywe rzeczy to świat dorosłych. To dorośli chcą efektów natychmiastowych. Dzieci cieszą się, z tego, że świat powoli, dzięki ich pracy składa się na ich obraz. Niniejszym definitywnie odcinam się od kalkulacji. Nie chcę czuć zawodu. Chcę jak dziecko każdą porażkę zamieniać w wyzwanie. Nie chcę dumać nad ryzykiem a je podejmować. Wreszcie chcę się cieszyć. Z tego, co mam. Z czasu, który mam. I z takich chwil jak oglądane wspólnie z dzieckiem „E.T”, zajadając się przy tym ciastem orzechowym, które brudzi pościel. Można ją wyprać. A tej chwili, kiedy wtulona w ciebie mała główka szepcze – Tatusiu, ale on poleci do domu prawda… – powtórzyć się nie da.

 

Dlatego Wam wszystkim polecam oglądanie raz w roku „E.T.”. Ja od dziś tak będę robił. Żeby nie zapomnieć, czym jest dziecięca odwaga. Żeby móc spojrzeć w lustro i powiedzieć: – może spieprzyłem, ale przynajmniej dobrze się bawiłem. Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że im lepiej będę się bawił, tym lepiej wszystko będzie wychodzić.

 

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz