kino / dvd

Dziecko Rosemary

Zapewne nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się, dlaczego tak naprawdę Agnieszka Holland zdecydowała się „poprawić” Polańskiego, dokonując nowej adaptacji powieści Iry Levina. Pierwsze „Dziecko Rosemary” to bowiem jeden z nielicznych horrorów doskonałych – arcydzieło skończone. A mimo to…

 

 

Już w chwili, gdy stacja NBC ogłosiła realizację nowej wersji „Dziecka Rosemary” ten pomysł nie przypadł mi do gustu. Nie żebym był przeciwnikiem opowiadania na nowo klasycznych historii. Przeciwnie. Niektóre wręcz trzeba i warto reinterpretować. Zwłaszcza, że w kinie gatunkowym upływ czasu często odciska piętno na dziele. Ale akurat „Dziecko Rosemary” mimo swoich czterdziestu sześciu lat na karku (taśmie) to wciąż horror przerażający i trzymający widza przez dwie godziny w napięciu. Choć przecież nic się w nim nie tak naprawdę dzieje. Historia jest prosta. Młoda para wprowadza się do apartamentowca, ona zachodzi w ciążę i zaczyna powoli popadać w obłęd myśląc, że jej sąsiedzi to sataniści. Diabeł (nomen omen) tkwi w szczegółach. A te Polański w swoim filmie dopracował do perfekcji. Powolna, sugestywna narracja, muzyka Komedy, histeryczna gra Mii Farrow, (która zresztą naprawdę na planie balansowała na pograniczu histerii, gdy w dość brutalny sposób porzucił ją Frank Sinatra) skontrastowane ze zwyczajnymi twarzami sąsiadów, pozornie normalnym otoczeniem dały w puencie horror, w którym granica między rzeczywistością a fantasmagorią zanika. Nic w „Dziecku Rosemary” nie jest normalne. Nic nie jest tym, czym się wydaje. Świat to pozory. Spokój to pozory. I ta puenta… Urwana, zawieszona. Zmuszająca widza do zdecydowania, co tak naprawdę widział i co wydarzyło się w nowojorskim apartamentowcu. Tak – do dziś film Polańskiego to mistrzowska szkoła budowania napięcia i igrania z widzem.

 

Co z tego ostało się w filmie Holland? Szczerze? Niestety nic. Jej „Dziecko Rosemary” bowiem to film, w którym widz to ostatni i zupełnie zbędny element układanki. Reżyserka przeniosła, co prawda akcję z Nowego Jorku do Paryża. Zmieniła profesje bohaterów, odmłodziła ich sąsiadów (w demoniczną panią Margaux Castevet wciela się była dziewczyna Bonda  Carole Bouquet), dodano także kilka wątków pobocznych (nad scenariuszem czuwał James „Oszukać przeznaczenie” Wong. Ale te zmiany to tak naprawdę taki filmowy makijaż, pod którym próbowano ukryć… zupełnie nieświeże i nieciekawe oblicze nowej Rosemary. Bo niestety „Dziecko…” Holland cierpi na ponurą przypadłość, na którą choruje wiele współczesnych filmów. Otóż to dzieło zupełnie pozbawione pomysłu. Holland reinterpretując powieść Iry Levina i film Polańskiego tak naprawdę nie ma od siebie nic do dodania. Snuje się jej ten film od sceny do sceny, zaś puenta… No cóż groza oryginału poległa w konfrontacji z dosłownością współczesności.

 

Zresztą całe „Dziecko Rosemary” w wykonaniu Holland to film, który za nic ma tajemnice i budowanie napięcia za pomocą niedomówień. Już w pierwszej scenie dowiadujemy się, że chodzi o diabła, a dosłownie siedem minut później reżyserka serwuje nam scenę z rogatym. Tak drogi widzu – żebyś przez przypadek nie miał wątpliwości „Dziecko Rosemary” to horror satanistyczny o przyjściu na świat antychrysta. A że diabeł lubi dużo krwi i trupów, mamy tu i panie oblewane wrzątkiem, którym mózg wypływa na podłogę, i panów rozjeżdżanych przez autobusy, i kanibalki, i dyndających na powrozach księży… Litości…

 

A więc jest źle. Nawet bardzo źle. Chyba, że… Chyba, że Holland w jakiś dziwny i przewrotny sposób chciała obnażyć mechanizmy rządzące kinem grozy i pokazać nam – w kontrze do Polańskiego – jak przez ostatnie półwiecze horror skretyniał. Jeśli takie były intencje to udało się jej to koncertowo. Nowe „Dziecko Rosemary” to bowiem filmowa sieczka, w której krew i dosłowność zastąpiły nastrój i niedopowiedzenia. I jakoś wcale mnie to nie dziwi.

 

 

 

 

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz