kino / dvd

Dr Strange – nikt nie drażni tak jak Cumberbatch [recenzja]

Filmowe uniwersum Marvela rozrasta się w zastraszającym tempie, a zależności pomiędzy kolejnymi odsłonami sprawia, że widzowie muszą śledzić poszczególne odsłony nawet jeśli dany bohater nieszczególnie przypada im do gustu. No bo wszystko wszystkim, ale ile osób czekało na czarodzieja z magiczną peleryną? Tak szczerze?

Oczywiście powyższy wstęp nie dotyczy zagorzałych miłośników Marvela, którzy wszystkie komiksy znają na pamięć, a całe to filmowe zamieszanie jest dla nich co najwyżej irytujące, bowiem trudno o większe spłycenie fabuły i zmarnowanie potencjału, niż miało to miejsce w „Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów”. Oni więc pewnie już dawno machnęli ręką na ową serię, pozostawiając ją odbiorcom z głównego nurtu, którzy o doktorze Strange raczej nie słyszeli, chyba że zdarzyło im się obejrzeć któryś z animowanych seriali Marvela (swoją drogą również cudownie kompatybilny z filmową serią).

Otóż doktor Stephen Strange to znakomity, zadufany w sobie neurochirurg, który podejmuje się jedynie operacji, jakie mogą przyspożyć mu poklask i sławę. Pewnego dnia na skutek wypadku samochodowego jego dłonie zostają straszliwie okaleczone, nie ma możliwości by kiedykolwiek trzymał jeszcze skalpel w ręku. W poszukiwaniu lekarstwa trafia do Nepalu, gdzie pod okiem tajemniczej (a jakże!) Starożytnej uczy się… magii. Wkrótce odkrywa, że światu zagraża niebezpieczeństwo, a on może być jednym z niewielu będących w stanie ową zagładę powstrzymać.

Przyznaję, że od początku pomysł filmowego „Dr Strange’a” wydawał mi się kompletnie nietrafiony, by nie rzec wprost – zbyt infantylny jak na produkcję kinową. Podobne odczucia miałem w przypadku „Ant-mana”, na szczęście twórcy postawili na sprawdzoną metodę i podobnie jak w przypadku człowieka-mrówki, taki i tutaj całą opowieść przedstawili w formie całkiem udanej komedii sytuacyjnej, gdzie slapstickowe gagi przeskakują na zamianę z brawurowymi efektami specjalnymi. I chociaż te robią ogromne wrażenie, jednocześnie nie przytłaczając całkowicie swoją sztucznością i cyfrową prowinencją to zasługa sukcesu opiera się na aktorskiej robocie prawdziwych fachowców oraz inteligentnej grze z samym widzem. Śpieszę z przykładem, za pomocą którego ja zostałem kupiony przez ową produkcję. Benedict „wciśnijmy go wszędzie” Cumberbatch to aktor równie wybitny, co rozmieniajacy się ostatnimi czasy na drobne. Rozumiem sławę, jaką przyniósł mu serial „Sherlock”, choć nie rozumiem fenomenu tego dość średniego produktu, który zblokował poniekąd znacznie lepszą serię Guy’a Ritchiego. Kompletną pomyłką jest już dla mnie wciskanie Benedicta do trylogii „Hobbita”, patrząc na to pozostaje się cieszyć, że Martin Freeman nie zagrał nawet małej rólki w „Dr Strange” (choć pojawił się już w świecie Marvela w „Wojnie Bohaterów”). Tego typu zabiegi rządzą biznesem i mogę się na nie jedynie krzywić. Faktem jednak jest, że do roli odpychającego, zapatrzonego w siebie megalomana Cumberbatch nadawał się idealnie, przynajmniej od roli Paula Marshalla w „Pokucie” – tu po prostu zagrał kolejny raz Sherlocka i trafił w punkt. W momencie gdy w jednej ze scen rozbrzmiał jeszcze w podkładzie utwór „Take Up Thy Stethoscope and Walk” (dociekliwym pozostawiam tłumaczenie tytułu i tekstu) grupy Pink Floyd, napisany przez równie neurotycznego i zadufanego w siebie geniusza – Rogera Watersa, wszystkie elementy układanki zazębiły na kilku poziomach, dopowiadając niewypowiedziane. I stąd następująca później przemiana głównego bohatera stała się o wiele bardziej wiarygodna.

Perfekcyjnie wypadły dialogi z Tildą Swinton (w ramach poprawności politycznej odgrywającą Starożytną), nie bez znaczenia są epizodyczne role Rachel McAdams (obecnie jedynej oblubienicy dwóch Sherlocków) i Benedicta Wonga, królem drugiego planu jest Chiwetel Ejiofor. Ta aktorska drużyna wzbija film na wyżyny, wraz ze znakomitym humorem, ujęciem wszystkiego w nawias i perfekcyjną oprawą wizualną zapewnia wyborną rozrywkę dla wszystkich miłośników Marvela. A doktor Strange automatycznie zyskuje zaufanie szerszej publiczności, podobnie jak wcześniej Ant-man. Jedyny mankament filmu to główny przeciwnik, odegrany poprawnie, ale bez pasji przez naczelnego złego, Madsa Mikkelsena. Może czas powrócić do miłych ról jak Ivan z genialnych „Jabłek Adama”?

Kategorie
kino / dvd

Pisarz, nauczyciel, muzyk, redaktor, publicysta. Autor i współautor ponad dziesięciu zbiorów opowiadań m.in. "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Lek na lęk" (2011), cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (2013), "Pradawne zło" (2014), "Horror klasy B" (2015), oraz powieści "Miasteczko" (2015), "Zombie.pl" (2016), "Nienasycony" (2017). Muzyk zespołów Acrybia, Damage Case i Wilcy. Stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec trójki dzieci.

Dodaj komentarz