kino / dvd

Doktor Strange – dla dorosłych, czy dla dzieci? [recenzja]

„Doktor Strange” to próba zadowolenia widza w każdym wieku. W rezultacie ta twórcza ekwilibrystyka powoduje, że z filmu wychodzi się w połowie usatysfakcjonowanym, w połowie rozczarowanym.

Zaczynam powoli godzić się z faktem, że mój Marvel, to przede wszystkim ten z Netflixa, czyli używając skrótu myślowego – Marvel dla dorosłych. Kinowe filmy wytwórni mają za zadanie  dotrzeć do jak największej liczby widzów, wśród których są przecież i trzydziestokilkuletni rodzice i ich kilkuletnie pociechy. A wtedy trzeba odpowiedniego balansu, odpowiedniej równowagi, co zazwyczaj skutkuje produktem bezpiecznym. Bezpieczni, ale za to z dużą dozą twórczego szaleństwa i radości okazali się  być „Strażnicy Galaktyki” i obawiam się, że ciężko będzie komukolwiek podskoczyć do tego poziomu. Natomiast „Deadpool” to zupełnie inna bajka, swoisty (i udany) eksperyment, będący odpowiedzią na powszechne zapotrzebowanie na prawdziwie niegrzecznego superbohatera. Na tym tle „Doktor Strange” nie przynosi żadnej jakościowej rewolucji. Jest po prostu przyjemnym filmem z powiewem świeżości, a to ze względu na nową w filmowym uniwersum Marvela tematykę.

[quote align=’right’]Peleryna Strange’a gra tu jedną z lepszych ról. Na pewno lepszą od tej Madsa Mikkelsena.

No dobrze, może nie do końca nową. Przecież mieliśmy już do czynienia z Kamieniami Nieskończoności, z nordyckimi bogami, z różnymi elementami fantastyki rozbudowującymi świat superbohaterów. „Doktor Strange” przynosi jednak dość poważny krok w stronę zjawisk magicznych, z którymi przecież, dzięki cyklowi o „Harrym Potterze” jesteśmy bardzo dobrze obeznani. Są zatem zaklęcia, magiczne księgi i przedmioty oraz rozległy, duchowy świat. Tak, ponieważ do tak znajomej nam magii doczepiono jeszcze fragmenty wschodniej filozofii i ta mieszanka, trzeba przyznać, sprawdza się nawet nieźle – dodajmy, że na poziomie rozrywki, bo jeśli sądzimy, że produkcja Marvela zapewni nam jakieś wielkie, duchowe przeżycia, to sorry, nie ten adres. Więcej nawet – twórcy bardzo zręcznie wykręcają się od jakichkolwiek głębszych rozważań, co i rusz rozładowując atmosferę  udanymi żartami, które zawracają fabułę z podążania ścieżką patosu. To słuszna decyzja, bo patos w tej opowieści byłby chyba czymś nieznośnym.

W zamian dostajemy trzymającego równy, wysoki poziom przez cały film głównego bohatera, w opowieści, którą przeżywaliśmy już dziesiątki razy. Oto Stephen Strange, genialny neurochirurg z rozdętym ego. Choć arogancki, to mimo wszystko sympatyczny i pewnie dlatego, kiedy nagle dostaje zasłużoną, życiową lekcję, będziemy mu kibicować w zmaganiach z samym sobą i przeciwnościami losu. Po samochodowym wypadku jest niezdolny do wykonywania swojego zawodu, na granicy załamania, ale rzecz jasna dostaje szansę od losu. Będzie próbował ją wykorzystać na Wschodzie, w Katmandu, w tajemniczym miejscu, w ni to sekcie, ni to zakonie, którego przedstawiciele okazują się być trochę inną odmianą Avengers. Bronią świata nie przed fizycznymi zagrożeniami, tylko duchowymi. Aby stanąć w ich szeregu, poszukujący ratunku doktor będzie musiał przejść przemianę – oczywiście przede wszystkim duchową.

Zaraz, a jest tu coś oprócz tego? No tak, musi być przecież nauczyciel, musi być też złoczyńca. Kto oglądał trailery wie już, że tym pierwszym będzie zaliczająca tu udany występ Tilda Swinton, tym drugim zaś bohater o imieniu Kaecilius, którego potencjał, po raz kolejny w przypadku swoich filmowych villanów, Marvel znowu marnuje. Naprawdę, aż żal patrzeć na nijaką rolę Madsa Mikkelsena, który rzeczywiście nie ma tu wiele do zagrania, a już partnerzy z jego frakcji są totalnie anonimowi. Bryluje za to Benedict Cumberbatch w tytułowej roli, może nie tak magnetyzującej jak w „Sherlocku”, ale udanie łączącej pewność siebie bohatera, z jego niepokornością i nieoczekiwanym poczuciem humoru. Jeśli zatem doktor Strange mógł się wydawać nam trochę sztywniakiem w swojej dostojnej pelerynie, to jest wręcz przeciwnie. A nawet więcej – peleryna Strange’a gra tu jedną z lepszych ról. Na pewno lepszą od tej Madsa Mikkelsena.

Podsumowując, nie ma co zbytnio narzekać. Jest dużo zabawy, sporo psychodelicznych, momentami olśniewających efektów specjalnych, wiarygodna przemiana bohatera i napięcie, które niestety siada w okolicach finału. Dlaczego? Bo końcowe zagrożenie, oczywiście zapowiadane jako olbrzymie, w rzeczywistości wygląda naprawdę ciut niepoważnie, żeby nie powiedzieć – śmiesznie. Tak, czyli film dobry, film bezpieczny. Coraz częściej skłaniam się ku myśli, że Marvel po prostu powinien robić swoje produkcje w dwóch wersjach – jedną dla dzieci, drugą dla dorosłych. Bo dla dorosłych i dzieci w jednym, nie do końca się sprawdza.

Kategorie
kino / dvd
Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Dodaj komentarz