Next Film
kino / dvd

Disco Polo

Widzowie, którzy spodziewają się szerszej analizy fenomenu kulturowego, jakim była i ciągle jest w naszym kraju muzyka z gatunku „disco polo”, mogą się na filmie Macieja Bochniaka srodze zawieść. Jest to bowiem raczej ironiczna, pstrokata i autotematyczna zabawa konwencjami, która swoją formą i strukturą ma odzwierciedlać discopolowy szał lat 90., a nie go brutalnie odzierać z przyszywanych mu przez lata mitów i symboli.

Disco Polo„, opowieść o dwóch młodych chłopakach, którzy przepychają się łokciami i cekinami w rządzonym quasi-kapitalistycznymi regułami świecie polskiej „muzyki tanecznej” połowy lat 90., to jeden z tych filmów, które są predysponowane do wywoływania wśród widzów i krytyków zagorzałych debat. Nie tylko ze względu na podejmowaną tematykę muzyki uważanej przez wielu za plebejską i prymitywną, która mimo wszelkich zaprzeczeń ze strony ludzi cieszy się pośród i młodych, i starszych Polek i Polaków niezmiennie wielką popularnością, lecz również poprzez przyjętą przez Macieja Bochniaka formę. „Disco Polo” zostało bowiem nakręcone w taki sposób, by zarówno fabularnie, jak i wizualnie odzwierciedlać styl prezentowany przez discopolowych tuzów z lat 90., którzy z prowincjonalnych miłosnych przyśpiewek kreowali ogólnonarodowe hity, a z młodych marzycieli pragnących wielkiej sławy tworzyli gwiazdy koncertujące dla tysięcy rozentuzjazmowanych ludzi.

W praktyce oznacza to tyle, że w zasadzie z każdego kadru wylewa się wizualny kicz, na ekranie królują jaskrawe barwy, szalone kolorystycznie koszule i rzucające się w oczy dresy, bohaterom wydaje się, że są postaciami z westernów i filmów gangsterskich, a reżyser z typowo polskich lokacji tworzy jarmarczne wersje „amerykańskiego snu” – bazar z kasetami magnetofonowymi wygląda jak oświetlone nocnymi neonami Las Vegas dla ubogich, biuro discopolowego bonza przypomina karykaturalną wersję pełnych przepychu filmowych gabinetów (z obowiązkowym dziwacznym portretem właściciela), a znaczna część kraju zdaje się być upstrzona kanionami i kamienistymi dolinami, pośród których szerzy się gorączka discopolowego złota. Świetnie się w tę stylistykę wpisują wszyscy aktorzy – na czele z Dawidem Ogrodnikiem, Tomaszem Kotem i Joanną Kulig – którzy budują swoje postaci na przesadzie i warunkowanym wielką sławą samouwielbieniu, nie pozwalając, by w kadry filmu wkradło się choć trochę powagi.

Wszelkie dyskusje wywołane przez film Macieja Bochniaka będą więc częściowo obracać się wokół tego, że skoro twórcy ewidentnie świadomie bawią się obrazem, dźwiękiem i konwencjami, puszczając do widza kilkanaście razy na minutę przysłowiowe oko, to dlaczego ich w ogóle krytykować? Przecież taki film jest o wiele lepszy niż kolejny dołujący dramat. Czyż w Polsce, kraju charakterologicznej posępności i filmowej martyrologii, takie filmy nie powinny być brane za jaskółki zwiastujące możliwość mentalnych przemian? I przyznać trzeba, że będzie w tym sporo racji, szczególnie, że „Disco Polo” pełne jest satyrycznego ujmowania zasad rządzących tytułową muzyką oraz zjadliwych dowcipów kosztem tworzących ją ludzi, ba – jest tak kpiarskie, szydercze i prześmiewcze, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie w stanie określić go nudnym czy jednostronnym. Obrywa się i tym, którzy zrobili z post transformacyjnej Polski discopolowe El Dorado, zbijając na tym przy okazji prawdziwe fortuny, ale także tym ludziom, którzy byli tak zapatrzeni w ten „polsko-amerykański sen”, że zapomnieli o całym świecie.

„Disco Polo” krytyce jednak poddać trzeba, gdyż pod pewnymi względami jest to sprytnie ukryte pod warstwą autoironii filmowe oszustwo odpowiadające na zadziwiająco rzadko zaspokajany w Polsce popyt na produkcje kinowe związane z tą muzyką. Niby bowiem jest kąśliwie i złośliwie, niby humorystycznie dostaje się wszystkim wierzącym w propagowane masowo płytkie mity, niby na ekranie pojawia się niezobowiązująca analiza disco polo jako jednego z filarów raczkującego w Polsce kapitalizmu, ale tak naprawdę film Macieja Bochniaka jest zręcznie przemyconą pochwałą tego świata – w pewnym sensie nawet dla niego hołdem. Koncerty, choć przestylizowane, są zrealizowane w konwencji, która zachwyci fanów. Postaci, choć ukazane w krzywym zwierciadle, stanowią uosobienie ciągle funkcjonujących w kraju discopolowych – oraz ujmując to szerzej: społecznych – mitów. Choć akcja dzieje się w latach 90., na ekranie przewijają się współczesne gwiazdy, wliczając w to Radka Liszewskiego oraz Tomasza Niecika, a w telewizorach świeci wyraźnie logo kanału Polo TV, o którym wówczas jeszcze nawet ptaszki nie ćwierkały. I tak dalej.

Jednym słowem, Bochniak nie tylko nie miał odpowiedniego dystansu do tego świata, lecz znał go tak dobrze, że nawet jeśli poddawał jakieś jego elementy krytyce, to często tylko po to, by podkreślić jego przeróżne atrakcyjne aspekty. Podobnie czynił kilka lat temu Michael Bay, amerykański symbol wizualnego kiczu i wszechobecnej przesady, gdy kręcił film „Sztanga i cash” – niby była to zjadliwa krytyka kultury celebryckiej oraz płycizny myślowej, która opanowała pewne sfery amerykańskiego społeczeństwa, ale Bay sam był integralną częścią tego świata i znał go tak doskonale, że nie potrafił go pokazać w złych barwach, stylizując swoją „krytykę” tak, że dla widzów pragnących stać się częścią tejże rzeczywistości, był to kolejny dowód na słuszność obranej drogi. Reżyser „Disco Polo” ma na koncie dokument „Miliard szczęśliwych ludzi”, opowiadający o trasie koncertowej discopolowego zespołu Bayer Full w Chinach, był więc idealnym kandydatem do opowiedzenia o świecie disco polo, ale jednocześnie jego „bagaż doświadczeń” przeszkodził mu pójść w którąkolwiek ze stron. A jeśli film nie wie, czym chce być, przekłada się to na ekran.

„Disco Polo” to jaskrawy zarówno w formie, jak i treści pastisz, który pod przykrywką naruszania discopolowych mitów, jedynie je w społeczeństwie będzie utrwalał. Film Macieja Bochniaka zawiera w sobie sporo ciekawych myśli wartych rozwinięcia oraz ma do zaoferowania wiele trafnych spostrzeżeń dotyczących (również współczesnych) Polek i Polaków, ale obawiam się, że giną one w natłoku absurdalnej rozrywkowości bijącej z każdej pojedynczej klatki filmu. Czy to źle? Niekoniecznie, bo to przyjemny w odbiorze stricte komercyjny obraz, ale warto zastanowić się nad tym, dlaczego chcemy iść na niego do kina. Jakby na to nie patrzeć, jest to produkcja skierowana przede wszystkim do miłośników disco polo – zarówno tych otwarcie wyrażających swoją adorację, jak i tych ukrywających swe prawdziwe gusta pod maskami pogardy. Reszta może spokojnie sobie seans odpuścić lub poczekać na emisję telewizyjną bądź wydanie DVD.

ŹRÓDŁO: ONET

Kategorie
kino / dvd
Darek Kuźma

Współpracownik Onet.pl

Dodaj komentarz