kino / dvd

Człowiek ze stali [recenzja]

Nie lubię Supermana. I myślę, że nie należę do mniejszości. Z wszystkich super herosów przybysz z Kryptonu to postać najbardziej hermetyczna, nudna i przewidywalna. Taki słodki harcerzyk, co to się kulom nie kłania (bo nie musi). Dlatego do „Człowieka ze stali” miałem dość ambiwalentny stosunek. Z jednej strony byłem ciekawy jak poradzi sobie z tą historią Zack Snyder, którego uwielbiam. Z drugiej byłem przekonany, że nawet jeśli wielcy ze studia Warner pozwolą mu uczłowieczyć Supermana to i tak nie będzie to możliwe. Tej ikony popkultury po prostu nie da się zmienić. W nieziemskiej naturze Supermana leży bycie nudnym, bohaterskim i dobrym. Jak zatem wyszło? Wbrew obawom – znakomicie.

Snyder to reżyser detalista, człowiek który kocha szczegóły i każdy swój film buduje z drobnych elementów, które w puencie układają się w przemyślaną całość. Całość, którą nie każdy kupuje, ale każdy musi przyznać szczerze, że w zalewie takich samych wysokobudżetowych produkcji filmy Snydera mają w sobie to „coś”. Nawet, jeśli niektórym wydaje się to kiczowate i złe. W „Człowieku…” oczywiście roi się od takich snyderowskich grepsów. Kapitalnie wykorzystano tu muzykę Pearl Jam, kamera koncentruje się uważnie na ciałach bohaterów (tych ludzkich jak i samego Supermana) i wreszcie niebywale skrupulatnie odtworzono małe zapyziałe amerykańskie mieściny. Autentycznie wielkie brawa za to jak pokazał Snyder prowincję. Rzeczowo, ale z uśmiechem i dystansem, czego najlepszym dowodem jest rola Kevina Costnera, który celowo parodiuje tu swój własny wizerunek „mądrego swojaka”.

Ale to, co w snyderowskim Supermanie autentycznie powala to nie rodzajowe scenki z prowincji a realizm scen walk. Snyder nie mógł uczłowieczyć Supermana a więc zrobił coś zupełnie innego – uczłowieczył film o nim. Tak realistycznych scen wybuchów, ucieczek z walących się budynków do tej pory w kinie nie widziałem. Ekipa z kamerami kręci je, bowiem od środka, dlatego każdy wybuch obserwujemy nie z oddali a z samego epicentrum. Pamiętacie jak w kinowym „Miami Vice” Mann zamontował kamery w samochodach, aby pokazać realne efekty strzelania z wysokokalibrowych karabinów snajperskich? W „Człowieku ze Stali” mamy do czynienia z podobnym zabiegiem tylko, że kamery nie rejestrują wystrzałów a eksplozje, zapadające się wieżowce, biurowce i domy. I szczerze – te ujęcia powalają swoim realizmem.

Dzięki temu prostemu zabiegowi technicznemu (jakoś tylko nikt wcześniej na to nie wpadł) opowieść o Supermanie nabiera człowieczych rysów. Staje się ciut mniej patetyczno przerysowana a ludzka. Przede wszystkim zaś zawiesza niebywale wysoko techniczną poprzeczkę innym adaptacjom komiksów. Przy scenach akcji Snydera wszystko, co widzieliśmy wygląda po prostu biednie.

Oczywiście „Człowiek ze stali” w końcu popada w patetyczny ton, a dobra natura naszego bohatera zwyciężą, ale to dzieje się dopiero pod koniec i nie psuje zabawy. Zresztą pomysł, aby cały film oprzeć na dorastaniu Clarka Kenta i tym jak z człowieka przemienia się on w Supermana, uratował „Człowieka…” fabularnie. Choć ci, którzy będą chcieli pomarudzić to znajdą ku temu powody.

Osobiście uważam, że „Człowiek ze stali” to najlepszy Superman od czasów, kiedy serią zajmował się Richard Donner. Naturalnie to film zupełnie inny, bardziej realistyczny, ale przynajmniej próbujący szukać własnego sposobu na przekonanie ludzi do tej historii.

Martwi mnie tylko jedno. „Człowiek ze stali” to najprawdopodobniej jedyny dobry film z planowanej trylogii. Snyder wykorzystał tu wiek dojrzewania naszego bohatera nie przez przypadek a celowo – aby uniknąć klasycznej supermanowej fabuły. W następnych częściach Superman musi zatem być już super, a to może być bolesne.

PS

Prawie nie ma slow motion.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz