kino / dvd

Bodyguard zawodowiec – wróg mojego wroga [recenzja]

Najpierw mieliśmy „Baby Drivera”, później – choć z niezrozumiałych powodów nie u nas – świetnie oceniany powrót Stevena Soderbergha do gatunku, czyli „Logan Lucky”, a całkiem niedawno również „Bodyguarda Zawodowca”.  Wygląda na to, że obecny letni sezon stoi pod znakiem całkiem udanych komedii sensacyjnych.

Fabuła „Bodyguarda…” koncentruje się na postaci Michaela Bryce’a, zawodowego ochroniarza, który wskutek nieprzewidzianych okoliczności stacza sie na samo dno zawodowej drabinki. Szansę by odkupić (nie)swoje winy nasz bohater owszem dostanie, ale będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę, bowiem pod jego skrzydła trafi jego nemezis, zabójca na zlecenie, Darius Kincaid. Ten z kolei musi zostać przetransportowany do Hagi, gdzie będzie głównym świadkiem w procesie oskarżanego o zbrodnie białoruskiego prezydenta. Łatwo więc przewidzieć, że droga do celu dla dwójki zaprzysięgłych wrogów będzie należała do tych wyboistych.

Trudno określić historię w „Bodyguardzie Zawodowcu” jako wielce oryginalną. Ba, każdy kto miał styczność z więcej niż jednym filmem w gatunku wszelakie zwroty akcji przewidzi w dziele Patricka Hughesa jeszcze przed seansem. Nie ma co jednak robić z owego faktu burzy w szklance wody – ot, film twórcy trzeciej części „Niezniszczalnych” bawi się schematami tak z klasyki filmów akcji jak i kina kumpelskiego nie mając zamiaru odkrywać nowych terytoriów. Sytuacje które mają nas rozśmieszać powstają tu więc głównie na zasadzie kontrastów między bohaterami. I owszem, kiedy na ekranie ścierają się całkiem przeciwstawne osobowości bywa wybuchowo, a i okazji do uśmiechnięcia się można co nieco naliczyć (z bombową historią związku Kincaida i jego żony na czele) – choć uczciwie trzeba przyznać, że do płomiennych tyrad z „Zabójczej broni” jednak nieco brakuje. W kilku momentach chciałoby się też, żeby twórcy poszli o krok dalej – jak miało to miejsce choćby w „Braciach Grimsby”, którzy to może najbardziej wysublimowanym humorem świata pochwalić się nie mogli, ale jeśli łapało się obrazoburczą konwencję, można było całkiem dosłownie uśmiać się do łez .

Aktorsko i realizacyjnie jest za to bardziej niż dobrze. Między postaciami czuć ekranową chemię – Samuel L. Jackson brawurowo bawi się swoją rolą, Ryan Reynolds znów nie udaje nikogo, po prostu będąc sobą na ekranie, a dawno niewidziana Salma Hayek pięknie zasuwa wiązankami hiszpańskich przekleństw. Jest też Gary Oldman usiłujący przywołać nieco swój demoniczny wizerunek sprzed lat. Na ekranie wszystko więc gra i huczy, a że doprawione jest tonami efektownych pościgów, strzelanin i wybuchów, dopływ adrenaliny do krwi jest bardziej niż gwarantowany.

„Bodyguard zawodowiec” to przyjemna, letnia rozrywka, w sam raz na weekendowy seans. Do „Baby drivera” w kwestii oryginalności co prawda nie ma szans się zbliżyć, a i ze swojego potencjału nie do końca robi użytek – ale jako niezobowiązujący film do obejrzenia w gronie znajomych, sprawdza się wystarczająco udanie.

Bodyguard zawodowiec (The Hitman’s Bodyguard). Reżyseria: Patrick Hughes. Obsada: Ryan Reynolds, Samuel L. Jackson, Salma Hayek, Gary Oldman. USA, 2017 (Monolith Films). Ocena końcowa: 60%

Kategorie
kino / dvd
Maciej Bachorski

Rocznik ’87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu „Obcego”, „Cosia” czy „Ukrytego Wymiaru”, rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w „Nowej Fantastyce”, a także w serwisach „Horror Online”, „Szortal” (audiobook „Reguła Rothmana”), „Niedobre Literki” i „film.org.pl”. Z „Dziką Bandą” związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz