kino / dvd

Atak na posterunek 13 – sprawna zabawa z gatunkami [recenzja]

W zasadzie piszę o tym filmie z jednego powodu. Najzwyczajniej w świecie nagle spadł mi on na głowę. Dosłownie. Wchodząc do pokoju uderzyłem  kolanem w regał i z góry prosto na moją głupią głowę spadło DVD z „Atakiem na posterunek 13”.  Zabolało. Ale zamiast przeklinać, uznałem, że to znak. I po raz enty obejrzałem film Carpentera. I znów poczułem się oszołomiony.

Pomysł  fabularny  czyli  zamkniecie bohaterów w pomieszczeniu, w którym atakują ich wrogowie (i jest otoczone  przez wrogów) nie jest oczywiście nowy. Jednym z pierwszych filmów, w którym zastosowano podobny chwyt fabularny był klasyczny dziś western z Johnem Waynem „Rio Bravo” (1959). Oczywiście nie było w nim psychopatycznych gangów ulicznych, a jedynie źli rewolwerowcy próbujący odbić swojego aresztowanego za zabójstwo kompana. To jednak wyreżyserowany przez Howarda Hawksa film stanowi dziś wzorzec gatunku oraz jest jednym z najczęściej cytowanych westernów.

W roku 1976 młody wówczas reżyser John Carpenter postanowił zrealizować własną wersję „Rio Bravo”. Film nazywał się „Atak na posterunek 13” i był swoistym połączeniem „Rio Bravo” z… „Nocą żywych trupów” George’a Romero. Oczywiście w „Ataku…” nie pojawią się żywe trupy, Carpenter wielokrotnie jednak przyznawał w wywiadach, iż pomysł by opętanych rządzą mordu złych, na których być może miały wpływ dziwne fazy księżyca, pożyczył z filmu Romero. I tu kończą się oczywiście podobieństwa. W „Ataku…” nie ma więcej zjawisk nadprzyrodzonych, jest za to niezwykły posępny klimat rodem z gotyckiego horroru.

Intryga jest tu prosta. Pewnego dnia likwidowany właśnie policyjny posterunek zostaje oblężony przez uzbrojonych po zęby bandytów. Ich cel? Pomścić zabitych – przez ukrywającego się tam mężczyznę – kompanów. Posterunek na jedną noc staje się małym przedsionkiem piekła. Carpenter stopniuje napięcie powoli, ale bardzo sugestywnie. Film otwierają sekwencje, w których okrucieństwo (zabójstwo młodej dziewczynki, które miało być wycięte nakazem cenzury, ale… Carpenter zagrał va banq i oszukał cenzorów twierdząc, że scenę usunął) miesza się ze spokojnymi scenkami z życia codziennego prostego policjanta. Dziesięć minut później życie każdego z bohaterów staje się koszmarem.

W roku swojej premiery „Atak na posterunek 13” zebrał druzgocące recenzje i był (mimo minimalnego budżetu, który wynosił niespełna 100 tys. dolarów) finansową porażką. I kiedy twórcy filmu myśleli, iż nikt na świecie nie doceni ich pracy nagle stał się cud – „Atak…” okazał się wielkim hitem kasowym w Wielkiej Brytanii, gdzie krytycy zachwycali się grą z konwencją westernu, jaką podjął Carpenter. Po sukcesach w Europie film zyskał status dzieła kultowego a amerykańscy krytycy, którzy wcześniej na film narzekali nagle odkryli jego drugie dno – czyli sprawną zabawę z gatunkami.

Co ciekawe w filmie Carpentera nie pojawia się nawet na sekundę tytułowy posterunek 13. Bohaterowie ukrywają się, bowiem na posterunku… 9. Trzynastka w tytule pojawiła się przez przypadek. Na początku film miał nosić tytuł „The Anderson Alamo”, później zaś „Oblężenie”. Ani jeden z tych tytułów nie spodobał się producentom, którzy roboczo ochrzcili go „Posterunkiem 13”. I tak już zostało.

Atak na posterunek 13. Reż. John Carpenter. Wyk. Austin Stoker, Laurie Zimmer, Tony Burton. USA 1976.

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz