kino / dvd

Ares – dystopijne mordobicie [recenzja]

Wydawać by sie mogło, że monopol na ekranowe odtwarzanie defetystycznej wizji przyszłości już od kilkunastu dobrych lat zaklepało sobie Hollywood. W przypadku „Aresa”, Francuzi postanowili udowodnić jednak, że i oni nie wypadli sroce spod ogona.

W 2035 roku Francja upadła, a farmaceutyczne konsorcja które wykupiły marniejące resztki kraju wprowadziły szereg własnych modyfikacji do obowiązującego prawa – w tym to, że ludzkie życie od teraz jest na sprzedaż. Kraj stoi na skraju rewolucji, znaczna część populacji przymiera głodem a  korporacje zarabiają tymczasem krocie sponsorując nową, wyjątkowo popularną dziedzinę sportu – wątpliwe moralnie walki chemicznie podkręconych zawodników. Jednym z takich herosów jest Reda, na arenie spełniający się pod tytułowym pseudonimem – a przynajmniej kiedyś, bowiem po zażyciu niefortunnej dawki stymulantów bohater i obecnie egzystuje na marginesie społeczeństwa, imając się pomniejszych kontraktów. Wszystko to może się jednak zmienić za pomocą eksperymentalnego specyfiku – takiego, który toleruje tylko organizm Redy.

„Ares” od pierwszych minut zaciekawić może spójną wizją świata, którą twórcy przez cały seans konsekwentnie nam wpajają – Francja a.d. 2035 to rzeczywiście smród, brud, ubóstwo i prawdziwy raj dla degeneratów, w którym o przetrwaniu decyduje albo zasobność portfela, albo zwykły przypadek. Nieźle prezentuje się to wszytko wizualnie: zarówno nieprzesadzone CGI, jak i sama scenografia ze zdjęciami są dopięte na ostatni guzik. Jeśli do tego dodamy niewielki budżet, bywają momenty, że twórcom należy się chapeau bas.

Gorzej sprawa się ma z samą historią. Głównym problemem „Aresa” jest to, że w zasadzie wszystko to już widzieliśmy, a twórcy nawet nie usiłują udawać, że ich film to ledwie kalka sprawdzonych pomysłów. Zła korporacja i rządowy spisek? Jest. Brutal o złotym sercu? Jest. Krnąbrna nastolatka i ruch oporu? Też się na miejscu znajdą. Sam pomysł na walki w klatkach jest intrygujący, ale absolutnie niewykorzystany – prędzej odnajdziemy tu pobrzmiewające echa „Babylonu AD” z Vinem Dieselem, czy nawet „V jak Vendetty”, niż efektowne sekwencje walk. Nietrudno zatem przewidzieć do jakiej konkluzji fabuła dąży, a jeśli dodać do tego raczej powolne jej tempo, z zaangażowaniem w seans bywa różnie.

Szkoda też samego finału, który ewidentnie wygląda tak, jakby twórcy chcieli uczynić z „Aresa” brutalną, dystopijną przypowieść o poszukiwaniu  sprawiedliwości w zepsutym świecie – w tym przypadku zabrakło jednak elegancko spinającej początek z końcem fabularnej klamry, jak choćby we wspomnianym filmie Wachowskich.

Tyle narzekania, bo „Ares” nie jest z gruntu złym filmem. Nie wybija się co prawda ponad standard wyznaczony w gatunku, ujmy jednak też mu nie przynosi. Ot, fajnie zrealizowany przeciętniak, któremu można poświęcić 80 minut swojego życia, jeśli na rozkładzie nie mamy ciekawszych zajęć.

Arès. Ares. Reżyseria: Jean-Patrick Benes. Obsada: Ola Rapace, Micha Lescot, Thierry Hancisse. Francja, 2016. Ocena końcowa: 55%

 

Kategorie
kino / dvd

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz