Universal
kino / dvd

Amerykański wilkołak w Londynie [recenzja]

Przyznam szczerze – tak bezczelnie i zarazem dowcipnie rozpoczynającego się filmu nie pamiętam. W napisach początkowych czytamy, iż film wyprodukowała firma Lycanthrope Productions (lycanthopia znaczy tyle, co wilkołactwo), w tle słychać upiorną przeróbkę songu „Blue Moon” w wersji Bobby Vintona, a film nosi tytuł „Amerykański wilkołak w Londynie”. Wyobrażam sobie jak uśmiechnięty od ucha do ucha John Landis oglądał wraz z ekipą zakończone dzieło i mówił: „Słuchajcie chyba nikt przed nami bardziej dosadnie nie powiedział widzom – panie i panowie oglądacie horror o wilkołakach”. 

A więc „Amerykański wilkołak w Londynie” zaczyna się tak łopatologicznie jak tylko można, ale to, co dzieje się po napisach, to totalna jazda bez trzymanki, która wywraca kino grozy do góry nogami. I za to absolutnie wielbię ten film. Landis  stworzył filmu grozy, który jest  zarazem straszny, śmieszny, absurdalny i surrealistyczny. A wszystko zaczyna się niewinnie od spaceru po wrzosowiskach.

Oto dwóch amerykańskich studentów zamiast zwiedzać urocze włoskie okolice (poznając przy tym gorące Włoszki) włóczy się bez celu po zapomnianych przez Boga angielskich mokradłach. Szukając schronienia przed deszczem i zimnem trafiają do oberży „Zaszlachtowana owieczka”. O ile jeszcze sekwencja nazwijmy ją spacerowa może sugerować nam, że oglądamy poważny film tak to, co dzieje się od otworzenia przez bohaterów drzwi do oberży  już nie. Bo trudno nie uśmiechnąć się na widok zapitych angielskich wieśniaków, którzy siedzą wpatrując się w pentagram (taka gwiazda, co to uznawana jest przez niektórych za symbol Złego, a przez innych za symbol, który chroni przed Złym) na ścianie i martwią się, aby nikt nie wziął ich za wariatów wierzących w czarną magię. Od tego momentu zaczyna się istna eksplozja szalonych pomysłów, którymi można by obdarować tuzin horrorów.

Pogryziony przez wilkołaka David ma wizje nazistowskich zombie atakujących jego dom (jedna z najpiękniejszych surrealistycznych scen grozy, w historii, która w zasadzie jest grą z legendarnym filmem „Billy Kłamca” Johna Schelsingera), rozmawia z trupem kumpla, który sugeruje mu aby popełnił…  samobójstwo. Wreszcie David sam zamienia się w wilkołaka (sekwencję przemiany możecie obejrzeć poniżej – i wciąż jest to absolutne mistrzowstowo świata analogowych efektów specjalnych), aby grasować po ulicach Londynu w poszukiwaniu świeżego angielskiego mięsa. Sceny zabójstw są przerażające (jak choćby ta w metrze), ale zarazem niezwykle dowcipne (państwo, które wybiera się na imprezę). Okrutne (krew leje się tu strumieniami) a przy tym niezwykle lekkie, (bo rozładowywane czarnym jak smoła humorem). Jeśli dodamy do tego świetnie zmontowaną sekwencję gigantycznego karambolu (w 80. latach nie było grafiki komputerowej!) w centrum Londynu i poprzedzającą ją sekwencję rozmowy z zombie w kinie porno  okazuje się, iż otrzymujemy film, który w genialny sposób igrając z horrorowi konwencją tworzy de facto nowy język tego gatunku. Bo bez filmu Landisa nie byłoby  „Od zmierzchu do świtu” Tarantino i Rodrigueza, ani absurdalno-mroczno-komicznego „Martwego zła”  Sama Raimiego. Bez filmu Landisa kino grozy dalej tkwiłoby w śmiertelnej powadze, (moim zdaniem na palcach jednej ręki można zliczyć udane autentycznie straszne i zabawne horroro-komedie jakie powstały przed 1981 rokiem) a wilkołaki do dziś byłby niewolnikami ludowych legend (w swoim filmie Landis bawi się mitologia wilkołaczą obalając mit choćby o srebrnej kuli).

Warto dodać iż bez „Amerykańskiego…” nigdy nie powstałby także klip do „Thrillera” Michaela Jacksona. Bo to w końcu po obejrzeniu tego filmu muzyk zdecydował, iż chce, aby John Landis nakręcił jego nowy teledysk. Reasumując: dla mnie „Amerykański wilkołak w Londynie” to film, który udowodnił, iż w horrorze można być zabójczo śmiesznym i ironicznym. Trzeba mieć tylko do tego wielki talent, no a wcześniej odwiedzić Jugosławię. Mało, kto wie, iż John Landis na pomysł horroru o wilkołaku wpadł na planie „Złota dla zuchwałych” z Clintem Eastwoodem, które kręcono w Jugosławii właśnie. Ponoć tam w przerwie zdjęciowej przyglądał się grupie Cyganów, która odprawiała magiczne rytuały, aby zmarły nie powstał z grobu. Strach się bać…

PS.

Uwaga na koniec:  na ścieżce dźwiękowej pojawiają się tylko piosenki z „Księżycem” w tytule. Taki reżyserski żarcik.

 

Kategorie
kino / dvd
Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, „Gazeta wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) „Londyn. Przewodnik Popkulturowy” (2015) i „Wspaniałe życie” (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w „Nowej Fantastyce”, w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Dodaj komentarz