Gry

Wolfenstein II: The New Colossus – skopać tyłki nazistom po raz drugi [recenzja]

Dla amerykańskiej Bethesdy, obecny rok jest niewątpliwie udany – „Dishonored”, „Prey”, „The Evil Within 2”, wszystkie te tytuły z osobna zyskały przychylność tak branżowej prasy, jak i społeczności graczy. Druga odsłona przygód pana Blazkowicza również wpisuje się w ów pomyślny trend.

Świat serii gier spod marki „Wolfenstein” to – jak większość zainteresowanych doskonale się orientuje – nic innego, jak alternatywna rzeczywistość. Taka, w której drugą wojnę światową wygrali Niemcy. Trzecia Rzesza podbiła świat i niepodzielnie rządzi w Ameryce, aparatem terroru i propagandą starając się wmówić resztkom dawnego społeczeństwa o czekającej je rzekomej świetlanej przyszłości. Błędne byłoby jednak myślenie, że pomimo dość ciężkiej tematyki, „Wolfenstein” jest pozycją którą należy traktować na poważnie.  I o ile już stanowiąca reboot serii pierwsza część – The New Order (wraz z dodatkiem) – ociekała soczyście czarnym humorem i potężną dawką absurdu, tak jej kontynuacja wynosi fabularny kicz do rangi sztuki. Takiej przez wielkie S.

Trudno zresztą wyobrazić sobie bardziej bezpośrednią kontynuację niż to, co zaprezentowali nam panowie ze studia MachineGames – fabuła „Wolfensteina II” startuje ledwie kilka sekund po zakończeniu części pierwszej, kiedy po pokonaniu generała Trupiej główki, pogodzony ze śmiercią główny bohater wykrwawia się na podłodze niemieckiego kompleksu, oczekując zbawiennego uderzenia bomb. Upragniona śmierć będzie musiała jednak nieco poczekać – Blazkowicz zostaje uratowany przez członków ruchu oporu, z którymi po raz kolejny przyjdzie mu wzniecać w złamanym narodzie płomień rewolucji.

Tyle w telegraficznym skrócie – bo wierzcie mi na słowo, dzieje się. Nowe przygody Blazkowicza, zwanego tu przez nazistów „Terror-Billym” są jeszcze bardziej przegięte niż poprzednia ich odsłona. Scenarzyści nie biorą jeńców, poprawność polityczną chowając w najciemniejsze czeluście szuflady. Jest zatem krwawo, jest zabawnie i w wielu momentach wręcz obrazoburczo, kiedy przed oczyma śmigają nam sceny rodem z filmów Quentina Tarantino. Jeśli dodać do tego fakt, że całość cechuje niezwykły wręcz rozmach, otrzymujemy growy blockbuster na najwyższym poziomie – i już choćby tylko ze względu na pokręcony scenariusz, warto się nowym „Wolfensteinem” zainteresować.

Mocna opowieść to nie jedyna zaleta produkcji, bowiem „The New Colossus” bardzo dobrze sprawdza się również w innych aspektach. Obok głównej linii fabularnej mamy do wyboru całkiem pokaźną ilość aktywności którymi możemy się zająć „przy okazji”, jak choćby poszukiwanie „znajdziek” poukrywanych na mapach, dających nam dostęp czy to do ulepszeń, ubogacających świat przedstawiony dodatkowymi historiami, czy podgląd na śliczne szkice koncepcyjne. Do tego dochodzi cały szereg drobnych zadań pobocznych (aby je odblokować, wystarczy jedynie krótka rozmowa z niektórymi z naszych sojuszników) oraz misje w których naszym zadaniem jest wyeliminowanie najważniejszych dowódców w szeregach wroga – jakie wykonywać możemy nawet już po ukończeniu głównego wątku. Rzeczy to stosunkowo niewielkie, ale zdecydowanie przytrzymujące na dłużej w grze, w dużej mierze ze względu na dający masę radochy gameplay.

A ten pozostał w znacznej mierze nietknięty w stosunku do „The New Order”, całość zatem opiera się przede wszystkim na soczystych salwach w kierunku nazistów. Arsenał z jakiego przychodzi nam w trakcie rozgrywki korzystać, co prawda zbyt wielki nie jest (mniej niż dziesięć sztuk broni wielkiego wyczynu w shooterze raczej nie stanowi), ale każde z narzędzi zagłady można nieco zmodyfikować dzięki znajdowanym w trakcie gry zestawom z częściami. Do broni palnej dochodzi przydający się w bezpośrednich starciach toporek strażacki i – od pewnego momentu gry – pewne ulepszenia, pozwalające na całkiem dosłowne wciskanie się w małe przestrzenie, czy doskakiwanie do wcześniej niedostępnych miejsc. Najfajniejsze w całej mechanice gry jest jednak to, że nikt nie broni nam zamiast siania gigantycznej rozpierduchy pobawić się nieco w chowanego z oddziałami wroga – miejsc do ukrycia się przed patrolami jest bez liku, sama rozgrywka zaczyna wtedy przypominać więc tę z „Deus Exa”. Ciekawym rozwiązaniem jest też sposób rozwijania naszej postaci, opierający się na naszym stylu gry. Jeśli zatem większość zabójstw wykonujemy po cichu, zwiększymy nasze umiejętności bezszelestnego poruszania się. Fani pozostawiania po sobie zgliszczy mogą z kolei liczyć choćby na większą efektywność dzierżonych w dłoniach zabawek.

Pięknie nowy „Wolfenstein” prezentuje się również pod względem oprawy audiowizualnej. Udźwiękowienie z gitarowym podkładem i bezbłędny voice acting robią klimat, którego całości dopełnia grafika, naładowana wszelakimi, wyciskającymi ostatnie soki z naszych kart graficznych efektami. Pomysłowo prezentują się lokacje – mimo, że większość czasu spędzimy w bezpiecznym otoczeniu czterech ścian, każda odwiedzana przez nas miejscówka ma swój odrębny klimat.

Nowy „Wolfenstein” to gra niemal prerfekcyjna. Niemal, bo wciąż można ponarzekać na brak minimapy, która zdecydowanie ułatwiałaby orientację w terenie, czy stosunkowo ciasne obszary jakie twórcy udostępnili nam do ogrania. Mimo tego jednak, zabijanie nazistów w najnowszej produkcji MachineGames to jedna z przyjemniejszych rzeczy, jaką miałem okazję doświadczyć w grach komputerowych w tym roku i szczerze mówiąc, po prostu nie mogę doczekać się zagrania w jej kontynuację.

Gra testowana była na PC. Dostępne platformy: Steam, XBOX One, PS4.

Minimalne wymagania sprzętowe: 

  • System operacyjny: Windows 7/8.1/10 w wersji 64-bitowej,
  • Procesor: Intel Core i7-3770 lub AMD FX-8350,
  • Pamięć RAM: 8 GB,
  • Karta graficzna: Nvidia GeForce GTX 770 4 GB lub AMD Radeon R9 290 4 GB,
  • Dysk twardy: 55 GB wolnego miejsca.

Wolfenstein II: The New Colossus. Producent: MachineGames. Wydawca: Bethesda Softworks (Cenega), 2017.
9
Wolfenstein II: The New Colossus. Producent: MachineGames. Wydawca: Bethesda Softworks (Cenega), 2017.
Kategorie
Gry
Maciej Bachorski

Rocznik '87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz