Gry

One Finger Death Punch

 

 

One Finger Death Punch, Silver Dollar Games

 

Tytułem wstępu i wyjaśnienia: tak, wiem że „One Finger Death Punch” to gra mała, niezależna, mieszcząca się niemal w kategorii gier komórkowych, budowana w szałasie gdzieś na końcu świata, i że nie – Dzika Banda do tego poziomu się nie zniża. Dlaczego więc zabieram się za pisanie tej recenzji? Powód jest prosty: bo dawno nie grałem w coś tak wyśmienitego, wybornego i potwornie uzależniającego. I koniecznie muszę się tym podzielić.

 

 

„One Finger Death Punch” jest owocem prac niewielkiego studia Silver Dollar Games, które specjalizowało się dotychczas w bezpłciowych grach przeglądarkowych (choć to dwuznaczne określenie dla gier-randek, pośród których dumnie pręży się jedna z brzuchatą kobietą na okładce pod jakże wymownym tytułem „Who’s the Daddy?”). Jasne jest, że producent nie do końca zbyt poważanie traktuje swoją robotę, bo ma nawet kategorię gatunkową „WTF”. Cudnie, na kilometr pachnie większym dramatem, niż niemieckie symulatory kosiarek do trawy. Niemniej, ktoś tam w tym dziwnym i nijakim wydawałoby się studio wpadł na supergenialny pomysł – zróbmy grę karate. A może się czaili z tymi gniotami, wyrabiali nimi pensje, aby w końcu udowodnić światu, na co ich stać? Tego nie wiem, ale wiem jedno – wyszło im coś tak miodnego, że chyba od początku milenium tak dobrze się nie bawiłem przy kompie.

 

            Gra jest prosta jak cios z pozycji modliszki – ot, odgrywamy rolę jakiegoś adepta takiej czy innej szkoły Shaolin, którego anatomia zamyka się w kilku pociągnięciach pędzlem w photoshopie. Jako, że gra to brawler, to dostępne są dwa kierunki przemieszczania się – w lewo i w prawo. Nie odbywa się to jednak w inny sposób, niż podczas ataków na nacierających na karatekę oponentów. Mówiąc wprost – nic, tylko łoimy bandziorów po tyłkach dwoma typami kliknięć myszką (lewy to atak w lewo, prawy w przeciwnym kierunku). Tak, gameplay sprowadza się do dwóch rodzajów ataków, a w zasadzie do wybrania ich momentu. Koniec, kropka. Nic więcej. Lewa ręka się nudzi, albo – jak w moim przypadku – klepie z radością w kolano w akompaniamencie kolejnego wiwatu na cześć twórców gry. Nie jest jednak lekko – klawiszowi spamerzy i ludzie z Parkinsonem nie będą mieli tutaj szans. Atak wykonać można tylko w konkretnym momencie, gdy wróg zbliży się na odpowiednią odległość, toteż nadgorliwość kończy się wrażym ciosem w twarz.

 

            Gra nie jest piękna, miejscami nawet odstrasza (mapa!), ale nie o wodotryski graficzne tu chodzi, nie o tanie efekciarstwo i pozorną epickość cechującą produkcje AAA. „One Death Finger Punch” (swoją drogą chyba najlepszy tytuł w historii. Dziwne, że Tarantino go nie wykorzystał) to najszybsza, najbardziej widowiskowa i po prostu najprzyjemniejsza w odbiorze gra, w którą dotychczas grałem. Tak, wiem – mocne są te słowa, ale naprawdę nie znam równie dobrej produkcji, która spełnia swoją fundamentalną rolę – bawi, nagradza i daje kolosalną satysfakcję. Stanowi owo minimum, to prazasada grania. Bez udawania, bez reguły trzech randek i pasa cnoty – tutaj akcja jest szybka i bezpośrednia, jak we współczesnym gimnazjum. Reakcja bohatera na komendy jest natychmiastowa, wydaje się czasowo bezstratna. Nie pamiętam gry, która byłaby równie instynktowna. Dołóżmy do tego komicznego lektora rodem z najbardziej kiczowatych filmów kung fu (oj, sili się koleś, sili) i wszystkie możliwe do wyobrażenia klisze w azjatyckich filmów – kilkumetrowe loty-kopniaki, walki podczas nocnych burz, odbijanie lub odrzucanie nadlatujących pocisków. Dorzućmy najlepsze elementy z komputerowych bijatyk, takie, jak mortalkombatowskie rentgeny, wyrywanie organów, nabijanie na pal czy wywołujące motyle w brzuchu „finish him”. Wysmarujmy to na koniec lukrem z walk (lub, jak mawiał Wściekły Wąż, walek) na miecze świetlne i nunczaka, które stanowią festiwal demolki i latających wrogich korpusów, i będziemy mieli mojego solidnego kandydata do nagrody za grę roku w kategorii indie.

 

            A jeszcze się porządnie 2014 nie zaczął.

Kategorie
Gry

Dodaj komentarz