Gry

Hellblade: Senua’s Sacrifice – by pokonać ciemność, idź za głosem serca [recenzja]

Deweloperzy z brytyjskiego studia Ninja Theory to bynajmniej nie debiutanci. Mają już na koncie tak nietuzinkowe tytuły jak Heavenly Sword, Enslaved, czy Devil May Cry. Swoją najnowszą produkcję określają mianem pierwszej niezależnej gry AAA – i cholera jasna, po kilku godzinach spędzonych u boku Senui, z niedowierzaniem muszę przyznać, że to chyba nawet zbyt skromne słowa.

Prace nad Hellblade, od momentu ogłoszenia jej na Gamescomie zajęły niemal trzy lata. Twórcy nie zasypywali gruszek w popiele, kontaktując się w tym czasie ze specjalistami w dziedzinie leczenia schizofrenii i osobami na tę nieszczęśliwą przypadłość cierpiącymi. Wszystko to celem zbudowania odpowiednio poważnej warstwy fabularnej, bowiem Hellblade: Senua’s Sacrifice to opowieść po równo dziejąca się w świecie który możemy określić jako rzeczywisty, jak i w głębi umysłu bohaterki.

W grze wcielamy się w tytułową celtycką wojowniczkę, którą poznajemy w momencie, gdy rozpoczyna się jej wyprawa do krainy umarłych. Senua ma nadzieję odnaleźć w niej duszę zmarłego ukochanego i przywrócić jej spokój. By tego dokonać, będzie musiała przemierzyć nie tylko krainy rodem z nordyckich legend i rzucić wyzwanie bogom, ale i sprostać sobie samej.

Fabuła „Hellblade” to jeden z najjaśniejszych punktów całej gry. Śmiem twierdzić, że po „Get Even”, wręcz jeden z najjaśniejszych punktów ze wszystkich tegorocznych produkcji w ogóle. Historia jest niesamowicie wręcz wyreżyserowana (cut-scenki na silniku gry to czysta poezja), trzymająca w nieustannym napięciu, ale przede wszystkim zarazem epicka, jak i do głębi poruszająca. Brzmi to wszystko jak zlepek utartych sloganów, ale w tym wypadku naprawdę ciężko nie odczuwać entuzjazmu na widok tego, co dzieje się na ekranie. Kreując świat gry, Ninja Theory sięgnęło do wikińskich legend i nastrój tych opowieści uchwyciło wręcz perfekcyjnie – jest z jednej strony mrocznie i brutalnie, ale niekiedy też zniewalająco pięknie. Sama bohaterka to również majstersztyk scenarzystów. Trudno jej podczas tej pełnej cierpienia wyprawy nie obdarzyć sympatią, a wszystko to, co dzieje się pomiędzy jawą a snem, tylko przydaje głębi postaci. Słowem, po prostu nie da się nie zauważyć ogromu pracy jaki deweloperzy włożyli w zbudowanie przekonującego świata gry. A na tym zalety „Hellblade” wcale się nie kończą.

Bardzo dobrze wypada również mechanika gry. Ta w ogólnym rozrachunku wielce skomplikowana nie jest i po prawdzie wkradająca się po pewnym czasie powtarzalność zadań, to jedyne do czego mógłbym się w grze Ninja Theory przyczepić – będziemy tu więc w głównej mierze eksplorowali kolejne (dość spore) plansze, naprzemiennie zajmując się to rozwiązywaniem prostych zagadek logicznych, to parając się wojaczką.

Skoro już o tym drugim mowa, nie ma co owijać w bawełnę – walka zrealizowana jest wyśmienicie. Twórcy co prawda postawili na doświadczenie jak najbardziej zbliżone do filmowego, toteż w grze nie uświadczymy ani klasycznego HUD-a informującego nas choćby o stanie zdrowia bohaterki, ani jakichkolwiek samouczków, ale całość jest na tyle intuicyjna, że po pierwszych dwóch walkach bez problemu złapiemy o co w tym wszystkim chodzi. Do dyspozycji mamy tylko miecz i teoretycznie niewielki zestaw ruchów, który jednak da się łączyć w efektowne kombinacje i  jeśli dodamy do tego naprawdę odczuwalną „mięsistość” potyczek, praktycznie każde starcie będziemy kończyli z uśmiechem satysfakcji wymalowanym na twarzy. Należy tu dodać, że całość rozgrywki obserwujemy zza pleców bohaterki, ale na szczęście kamera nie płata niespodziewanych figli, dzięki czemu zawsze mamy kontrolę nad poczynaniami postaci.

Świetna jest też oprawa audiowizualna. Grafika została stworzona w oparciu o Unreal Engine 4 i prezentuje się wręcz zjawiskowo. Ostre jak żyleta tekstury, wyciskający ostatnie soki z oświetlenia HDR i szczegółowe modele postaci ( z Senuą zdecydowanie na czele) uzupełnione o pomysłowe projekty lokacji sprawiały, że kilkukrotnie wręcz przystawałem w miejscu by napawać się tym co widzę. Jeszcze lepszy (jeśli to w ogóle możliwe) jest dźwięk. Twórcy sugerują grę na słuchawkach i nie są to czcze słowa – tylko w taki sposób wyłapiemy masę dźwięków otoczenia wymieszanych z budującą niesamowity nastrój ścieżką dźwiękową i przede wszystkim doświadczymy w pełni towarzyszących nam przez całą rozgrywkę, nieustannie komentujących nasze poczynania, siedzących w głowie Senui głosów. O tych z kolei można napisać jedynie, że stanowią esencję klimatu całej produkcji – i zwyczajnie trzeba doświadczyć je samemu, żeby zrozumieć z jaką skalą immersji mamy tu do czynienia.

„Hellblade: Senua’s Sacrifice” to prawdziwa perełka wśród niezależnych produkcji – jedna z tych, które uderzają z całą mocą już od pierwszych minut, by później tempo tylko podkręcać. Wypolerowany na błysk gameplay w połączeniu z oryginalną, przejmującą do żywego historią sprawiły, że już odczuwam bóle głowy na myśl o podsumowującym rok zestawieniu najlepszych produkcji AD 2017. Oj, będzie ciężko.

Gra testowana była na wersji PC.

Minimalne wymagania sprzętowe: Procesor: Intel i5 3570K lub AMD FX-8350, Windows 7 64-bit, Video: GeForce GTX 770 (2 GB) lub Radeon R9 280X (3 GB), RAM: 8 GB, 30 GB wolnej przestrzeni na HDD.

Hellblade: Senua’s Sacrifice. Producent: Ninja Theory. Dystrybutor w Polsce: Ninja Theory. Ocena końcowa: 90%

Kategorie
Gry
Maciej Bachorski

Rocznik '87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz