Gry

Get Even – odmienne stany świadomości [recenzja]

Nie będę ukrywał – uwielbiam gry skupiające się przede wszystkim na warstwie fabularnej. Genialna historia z „SOMY” Frictional Games, z głowy nie wyjdzie mi jeszcze pewnie przez następne kilka lat – na szczęście w samotnym trwaniu na szczycie, w końcu ktoś postanowił dotrzymać jej towarzystwa.

Bohaterem „Get Even” jest Cole Black, były wojskowy, a obecnie uzależniony od narkotyków najemnik na usługach militarnej korporacji – innymi słowy człowiek o którym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest krystalicznie czystą postacią. W jego skórę wcielamy się w momencie, kiedy wykonuje dość lakonicznie przedstawioną nam misję – ma uratować pewną porwaną dziewoję. Tyle dokładnie wiemy w momencie stawiania pierwszych kroków w świecie gry – dość powiedzieć jednak, że już kilkanaście minut później fabuła zalicza znaną większości zainteresowanych już woltę, a nam przyjdzie spróbować odpowiedzieć na pytanie, jaki ciąg wydarzeń doprowadził bohatera w miejsce, w którym właśnie sie znalazł.

Brzmi dość skomplikowanie? I dobrze, bo dokładnie tak przedstawia się zamysł The Farm 51 na sprzedanie nam osi fabularnej. Opowieść jaką fundują nam rodacy, to rzecz z pogranicza horroru i thrillera psychologicznego, doprawiona szczyptą science fiction i rasowego dramatu – i jest to miks nad wyraz udany, a że opowiadany w wybitnie fragmentaryczny sposób, wcale nie tak łatwy do rozszyfrowania. Uczucie zagubienia utrzymuje się tu przynajmniej do połowy gry i mimo, że w miarę postępów w grze będziemy oczywiście domyślali się coraz więcej, idąc po przysłowiowej nitce do kłębka, nie ma co liczyć na taryfę ulgową – twórcy co rusz sprytnie mylą tropy i wymuszają na graczu maksymalną koncentrację w znajdywaniu kolejnych poszlak. W nagrodę dostaniemy jednak – mogę to śmiało napisać – jedną z najpoważniejszych growych historii ostatnich lat, plasującą się moim skromnym zdaniem na poziomie „Heavy Rain”, „The Last of Us”, czy wreszcie wspomnianej na wstępie „SOMY” – z zastrzeżeniem jednak, że nie macie nic przeciwko sporej ilości notatek do przeczytania i nagrań audio do odsłuchu.

O ile na temat jakości historii mógłbym rozpływać się jeszcze długo, tak już gorzej sprawa ma się z „Get Even” jako grą samą w sobie. W teorii mamy tu do czynienia z kolejnym z FPS-owych symulatorów chodzenia, ale sprawa nie jest tak prosta jak w przypadku choćby „Zaginięcia Ethana Cartera”. Otóż tym razem na podorędziu mamy mały arsenał zabawek, pozwalających „zrobić kuku” niemilcom wszelakim. Na pierwszy plan wybija się tu oczywiście Corner Gun ze swoimi modyfikacjami – czyli pozwalający strzelać zza węgła karabin. Równie istotny jest… smartfon, pełniący rolę mapy, skanera podczerwieni czy aparatu analizującego materiał dowodowy w jednym.

Takie cudeńka umożliwiają granie według własnego uznania – w przypadku stylu „Rambo”, pamiętać należy jednak, że zarówno twórcy w swoich wypowiedziach jak i sama gra faworyzują jednak podejście skądinąd eksploracyjno-skradankowe. I to niestety czuje się przede wszystkim w postaci nijakiego „feelingu” strzelania. Nasza broń, jakkolwiek pomysłowa i zabójcza, zwyczajnie nie daje w żaden sposób odczuć swojej mocy uderzeniowej – ba, przez lwią część rozgrywki miałem nieustające wrażenie, że równie dobrze mógłbym strzelać papierowymi kulkami. Ponarzekać można również na ograniczony zakres ruchu bohatera, sztucznie studzący nasze zapędy odkrywania zakątków dostępnych map. Zapomnijcie o parkourze rodem z „Dying Light”, czy fantazyjnych nanousprawnieniach jak w „Deus Exie” – Cole Black to bowiem hipernajemnik, który nie da rady przekroczyć choćby najmniejszego murku. Co gorsza, w kilku miejscach można się przez ów fakt zwyczajnie zablokować – zdarzyło mi się, że dwukrotnie zmuszony byłem powtarzać jedną z misji, gdy mój dzielny heros zaplątał się pomiędzy krzewem, a konarem drzewa. Na plus można policzyć grze za to możliwość tworzenia osłon terenowych (nie jest ich jakoś specjalnie wiele, ale zawsze) i moment, w którym ze względu na pewne wydarzenia fabularne dostaniemy do dyspozycji wachlarz całkiem nowych umiejętności. Nie jest więc całkiem źle, nie jest też tak dobrze, jak mogłoby być – za to mechanika gry sprawia wrażenie wymagającej jeszcze nieco ostatniego szlifu i niekoniecznie płynnej. Złego słowa natomiast nie można powiedzieć o ścieżce dźwiękowej, która po prostu robi klimat i w kluczowych momentach potrafi zagrać na czułych strunach duszy odbiorcy, jak chyba żadna z zasłyszanych przeze mnie w tym roku.

Najnowsza produkcja polskiego dewelopera jest więc grą nierówną i jej odbiór zależy przede wszystkim od tego, co uważa się za najistotniejszą część gry. Jeśli cenicie sobie płynność rozgrywki i dopracowanie detali – dla was lepszym wyborem będzie choćby tegoroczny „Prey„. Tym jednak, którzy elektroniczną rozgrywkę traktują jako medium mogące stawać w szranki pod względem fabuł z filmami i książkami, mogę „Get Even” polecić już bez mrugnięcia okiem – istnieje całkiem spora szansa, że w dziele panów z The Farm 51 zwyczajnie się zakochacie. Nie będzie to łatwa miłość, ale cóż – czy jakakolwiek takową jest?

Gra testowana była na wersji PC.

Minimalne wymagania sprzętowe: Procesor: Intel Core i5-2500K CPU 3.3GHz lub AMD Phenom II X4 940, Windows 7 64-bit, Video: Nvidia GeForce GTX 660 / AMD GPU Radeon HD 7870, 8 GB rAM, 40 GB wolnej przestrzeni na HDD, szerokopasmowe połączenie z internetem.

Get Even. Producent: The Farm 51. Dystrybutor w Polsce: Cenega S.A. Ocena końcowa: 75%

Kategorie
Gry
Maciej Bachorski

Rocznik '87. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę. Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Dodaj komentarz