High Moon Studios
Gry

Deadpool

Senny, jesienny wieczór na poznańskich przedmieściach. Ciszę przerywa telefon. Raz, drugi, trzeci – dzwoniący jest coraz bardziej natarczywy. W końcu odbieram połączenie.

–        Słucham? – pytam niepewnie. Nie znam tego numeru.

–        Czy to recenzent? Czy to ty będziesz pisał o mnie?

            Słucham skonsternowany. Miałem jakiś zaległy artykuł? Do tego biograficzny?

 

–        Deadpool z tej strony. Czy to ty będziesz recenzował moją grę?

Uszom nie wierzę – tak, faktycznie zabierałem się do pisania tekstu o najnowszej grze High Moon Studios, ale że będzie do mnie dzwonił autor gry?! I że on w ogóle istnieje!

–        Tak, Wade – odpowiadam niepewnie – siedzę właśnie przed kompem. Dlatego nie odbierałem telefonu.

–        Słuchaj, koleś, recka ma być zajebista, bo gra jest zajebista, bo ja jestem ZAJEBISTY! Wiem ze swoich źródeł, że wy w tej Polandii… – „Polsce”, słyszę w tle, wyraźnie gada sam do siebie – macie dobre gry. Moja jest lepsza niż ten wasz Wiedźmin i masz o tym napisać. Inaczej skopię ci tyłek!

            Rozłączył się. Mam mętlik w głowie. Raz – dzwonił do mnie sam Deadpool! Dwa – gra nie jest tak dobra, jak to opisał.

            Kilka godzin później słyszę pukanie do drzwi. Zanim zdążyłem je otworzyć, gość przeteleportował się na kanapę. Dłubie kataną w zębach. Przez maskę.

–        Masz tekst? Daj przeczytać. Poprawię… niedociągnięcia.

            Z duszą na ramieniu oddaję recenzję.

            Zacznijmy od prezentacji tytułowego bohatera – kim jest Deadpool? To Wade Wilson, jedna z nowszych postaci ze stajni Marvela, która nie wyszła spod pióra legendarnego Stana Lee. Co się z tym wiąże – jest mniej jednoznaczny moralnie, mniej kryształowy, mniej… bohaterski (poprawka Deadpoola: jest megabohaterski jak Iron Man, ale nie tak ciotowaty jak Kapitan Ameryka). Zaczynał jako zwykły najemnik, przeszedł program X (ten sam, co Wolverine) i dzięki potężnej regeneracji (wystarczy sama głowa), teleportacji i niezłym zdolnościom zadawania śmierci bronią białą stał się maszyną do zabijania. Lawiruje gdzieś pomiędzy dobrem a złem i jest niezrównoważony psychicznie (Deadpool: ogarnięty jak Einstein). Przezywany „Najemnikiem z gębą”, słynie z ciętego, niewyrafinowanego języka. Jako bohater Marvela miał pecha do ekranizacji – jedyny raz, gdy zawitał na duży ekran, to w słabym Wolverine: Origins. To tam w jego rolę wcielił się Ryan Reynolds i to tam stracił głowę w walce z tytułowym bohaterem (Deadpool: żeby była jasność, bo niektórzy twoi czytelnicy mogą odnieść złe wrażenie, że nie jestem wystarczająco ZAJEBISTY, by pokonać Rosomaka – dałem mu się zabić. No. Reżyser obiecał mi w zamian ten laser z oczu, którym strzelałem jak cholerny Cyklop! Pif-pif! Było totalnie warto!). Już lepiej było z grami – pojawiał się w kolejnych odsłonach niezłych Ultimate Alliance’ów i w każdej z tych gier dawał popis swoją najbardziej charakterystyczną cechą – burzył tzw. czwartą ścianę, czyli adresował wypowiedzi do gracza. Do klasyki przeszła jego rozmowa z deweloperem podczas napisów końcowych, w której wymusza na nim przypakowanie swojej postaci. Nie mogło tego również zabraknąć w najnowszej grze.

            Już na wstępie poznajemy smak tego, z czym je się Deadpoola – rozkraczony siedzi na fotelu, drapie się po męskości i wydzwania do Petera, właściciela High Moon Studios, z propozycją zrobienia gry. Ten się nie zgadza, ale po tym jak Wade wysadza w powietrze część firmy, gra dostaje zielone światło. Okazuje się, ku zdziwieniu bohatera, że do tego musi być scenariusz. Tym samym Deadpool rusza według skryptu, co krok modyfikując go wielką kredką (Deadpool: za mało cycków. I wybuchów! I cycków!). Już po pierwszym rozdziale okazuje się, że wykorzystał na wyżej wymienione w nawiasie „dobra” cały budżet studia i odtąd gra staje się jeszcze bardziej dziwna, niż była. Dla przykładu – pobawimy się w jej ośmiobitową wersję, a także klasycznego side-scrollera. Wszystko zrealizowane jest ze smakiem (choć jest niestety bardzo krótkie). Wychodzi tutaj jednak jeden z mankamentów – widać, że High Moon miało rzeczywiście niewielkie pieniądze na grę (Deadpool: wiesz, ile kosztuje licencja na mnie? Wiesz?!… ale serio, wiesz? Bo ja nie…), bo po paru poziomach okazuje się, że przyjdzie nam walczyć bez przerwy z tym samym zestawem przeciwników. Recykling przybiera zresztą większe rozmiary, bo niektóre z lokacji przyjdzie nam zwiedzić wielokrotnie, choć w całkiem pomysłowy sposób.

            System walki jest dość sztampowy – to niezły hack ‚n slash, który próbuje aspirować do komputerowych Batmanów. I przegrywa. Używanie kontr nie ma większego sensu, bo najlepszą taktyką jest naciskanie do upadłego dwóch guzików – lekkiego lub mocnego ataku – i przypadkowe budowanie kombosów (Deadpool: Mój dziadzia mawiał: nie siłą, a młotkiem. A ja mam dwa). Oczywiście, można silić się na jakieś triki, ale żaden Mortal Kombat z tego nie będzie. Deadpool ma do dyspozycji dwie bronie – katany (które może rozwinąć np. w młoty) i broń palną. Gra zawiera system rozwoju postaci, ale niestety dość uproszczony i bez odczuwalnego wpływu na rozgrywkę (to zapewne wina szablonowych wrogów). Na domiar złego jest krótka. To już cecha zakładowa High Moon – obydwa Transformersy, nawiasem całkiem niezłe, nie powalały długością rozgrywki. Deadpool również niesie to brzemię i jest równie liniowy.

            I wydawałoby się, że to by było na tyle – Deadpool to bardzo przeciętna gra (Deadpool: Czekaj… co?!). Jest jednak rzecz, która wyróżnia ją spośród masy arcade’owych nawalanek – humor. Absurdalny, chory, wielokrotnie niesmaczny, ale naprawdę dobry humor. Deadpool to pocieszny idiota ze schizofrenią (Deadpool: Nie mam żadnej schizy!… No właśnie – Wade nie ma innych głosów w głowie poza nami). Raz za razem udowadnia, że gdyby na chwilę usiadł na tyłku, posłuchał dialogów (a nie strzelał sobie w głowę podczas nudnych według niego cutscenek), to załatwiłby Mistera Sinistra zdecydowanie wcześniej. Ale nie – Deadpool to pocieszny kundelek z ADHD, za którym z uśmiechem na ustach wędruje gracz. Świadomość bycia komiksowym bohaterem niesie olbrzymi potencjał, który gra wykorzystuje w pełni. Wszelkie klisze, wszystkie sztampy z kultury popularnej są tutaj bezwzględnie ośmieszane. Ilość odniesień do filmów i gier przytłacza. Podczas sceny ucieczki wagonikiem górniczym przygrywa nam muzyczka do złudzenia podobna do motywu z Indiany Jonesa. I to jest główna siła tej gry – ogólna kpina i szydera.

            Niemniej, Deadpool pozostaje średni w wykonaniu. Okazuje się, że jest z nim tak, jak z jego domniemaną ekranizacją – niby ma powstać, niby cały internet temu dopinguje, ale okazuje się, że ten „heros” nie nadaje się na samodzielne dzieło (Deadpool: To wina Reynoldsa, nie moja!). To doskonały bohater drugoplanowy, co pokazało Ultimate Alliance. Jest jak wystąpienia Stana Lee w filmach Marvela – mrugnięciem oka do fanów. Niestety, gra nie nadaje się dla hardcorowych graczy, bo ma słaby system walki i jest za krótka. Dla śmiertelnie poważnych wyjadaczy zamiłowanych w fabule też nie – bo humor jest rynsztokowy. Ale dla ludzi z dystansem i miłośników Deadpoola – jak najbardziej. Tylko nie kupujcie jej za jakieś niepoważnie wielkie pieniądze. Poniżej stówy – warto.

            Aha, i jeszcze jedno. Nie dorasta Wiedźminowi do pięt. A teraz żegnajcie – szukam azylu u Doctora Dooma.

PS od Deadpoola: ten tchórz zwiał! Porwał Blackbirda X-Menów i dał dyla do Latverii! A przecież nawet mnie Wolverine nie pozwala nim latać… Buuu… To co, że go raz prawie robiłem. A ta recenzja? Przecież ssie kabana! Mam lepszą, ludu – czytać:

            Deadpool to zajebista gra, którą stworzono na podstawie moich wspomnień! Nawijam kataną jak Żółw Ninja, odcinam głowy jak Baraka z Mortala i wyrywam laski o WIELKICH CYCKACH!!! Jako, że jestem bardzo zapracowany (CYCE!), to użyczył mi głosu Nolan North, ten, co gadał Drake’a w Uncharted. No i jest demolka, która zawstydziłaby wspólne dziecko Baya i Emmericha. DEMOLKA! No i wpada wielu moich kumpli – Logan, Cable, Rogue, Gambit.

            … ej, no, kupcie grę, bo nie mam piwo.

Deadpool

Kategorie
Gry

Dodaj komentarz