Gry

Call Of Juarez: Gunslinger

call-of-juarez-gunslingerCall Of Juarez: Gunslinger, Techland/Ubisoft

Drodzy programiści ze studia Techland. Kibicuję wam od czasów „Crime Cities”, więc uważam się za osobę wyjątkowo uprzywilejowaną do tego, by wam ubliżać. Przez ostatnie 13 lat nie raz nadstawiałem za was karku, robiąc z siebie kompletne pośmiewisko (a to rekomendując znajomym drewnianego „Chrome’a”, a to zachwalając mdłego „Nail’d”, czy w końcu wystawiając pozytywną ocenę zabugowanemu „Dead Island”, które prawie posłało mi konsolę do piachu). Regularnie szargacie swoją reputację rujnując swoje tytuły beznadziejnym, niechlujnym wręcz wykonaniem. Cieszę się, że „Gunslinger” nie jest jednym z nich.

Podoba mi się postać Silasa Greavesa i motyw zemsty. Podoba mi się pomysł, by opowiadał swoją historię zupełnie obcym ludziom w barze, z perspektywy zasłużonej legendy. To właśnie tego oczekuję od westernu: archetypowego bohatera z rewolwerem w dłoni i opowieści, która czerpie garściami z klasyki gatunku. Nie chcę powtórki z poprzednich odsłon „Call Of Juarez”, nie chcę współczesnej wersji dzikiego zachodu rodem z „The Cartel”. Oczekuję starego, dobrego spaghetti westernu w nowej, atrakcyjnej formie. I wam, drodzy wrocławianie, udało się taki efekt osiągnąć przynajmniej w dwóch aspektach.

Postawiliście na zupełnie niesztampową i niezdecydowaną narrację, która stanowi żywy i nieodłączny komentarz tego, co widzimy na ekranie. Czasem trudno za nią nadążyć, jednak sama konfrontacja zamglonych wspomnień głównego bohatera z wybujałymi wyobrażeniami jego rozmówców bardzo do mnie przemawia. Uwielbiam te wszystkie artworkowe przerywniki i komiksowe wstawki, którymi stawiacie historii przysłowiową „kropkę nad i”. Wiecie co to wyważony, nienachlany humor i macie wyczucie w opowiadaniu historii z przymrużeniem oka. Wam to jednak nie wystarczyło. Wy musieliście nadać grze komiksowy charakter, wzbogacając jej silnik o cell-shading. I zrobiliście to w tak dojrzały i efektowny sposób, że twórcy osławionego „Borderlands” mogliby się od was wiele nauczyć. Ale nie tylko oni.

Dużo graliście w „Bulletstorma” i to widać. Punktujecie mnie za każdy celnie oddany strzał, nagradzacie za wybuchy, head shoty czy spektakularne kombinacje. Jednak wasz „Gunslinger” wydaje się dużo lżejszy i żwawszy niż dziecko rodzimego People Can Fly. Spektakularne pojedynki, spowolnienia czasu, uchylanie się przed pociskami… Widać, że dobrze bawiliście się tworząc ten tytuł. Czasem chyba aż za dobrze, skoro kompletnie nie zauważyliście, że stworzeni przez was przeciwnicy zlewają się z tłem. Ale jakież to piękne tło! Twórcy „Red Dead Redemption” z pewnością dali by się pokroić za wasz talent do „malowania” panoramy dzikiego zachodu. Klimatyczne drewniane miasteczka, skąpane w słońcu prerie i rześkie górskie potoki pozostają w głowie na długo.

Nie myślcie sobie jednak, że po tej lawinie lukru wystawię waszemu FPS-owi ładną ocenę i odjadę zadowolony na koniu w stronę zachodzącego słońca. Nic z tych rzeczy. Trzeba powiedzieć na głos, że są aspekty, w których mocno daliście ciała. Nie winię was za stosunkowo krótki czas rozgrywki i kulejące AI, ale nie wybaczę wam tego, że zignorowaliście tryb multi i potraktowaliście grę jak spin-off, który na dodatek sprzedajecie wyłącznie drogą cyfrową. Nie obchodzi mnie fakt, że za śmieszne 50-60 zł oddajecie mi w ręce tyle dobrego contentu. „Gunslinger” to pierwsza odsłona serii, którą naprawdę chciałbym mieć na półce, a wy mi tego nie umożliwiacie.

Mimo wszystko cieszę się, że choć ten jeden raz nie muszę się za was wstydzić. Cieszę się, że w końcu mogę polecić waszą grę nie wychodząc przy tym na kompletnego idiotę. Nowej odsłonie „Call Of Juarez” wystawiam mocne 7/10. Przepraszam, że nie więcej, ale nie chcę, byście poczuli się zbyt pewnie. Moglibyście pod wpływem euforii stworzyć kolejny niewypał w stylu „The Cartel”, który „Gunslingerowi” mógłby co najwyżej polerować rewolwer. Nie wstydźcie się dwuznacznych skojarzeń, są słuszne.

Nasza ocena: 7.0/10

Filip Rauczyński

Kategorie
Gry

Dodaj komentarz